poranna mgła
Przemyślenia

Dalej i dalej

Już nie pamiętam, kiedy przestałem liczyć kilometry i czas spędzony na rowerze. Nie potrafię też jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie co mnie zmusza, albo bardziej motywuje do spędzania w siodełku całego dnia przemierzając odległości, które dla przeciętnego człowieka są niewyobrażalne. W tym roku przejechałem już ponad 20 000 tysięcy kilometrów, spoglądając zza kierownicy na świat przez ponad 800 godzin. To więcej niż jeden kalendarzowy miesiąc!

Dzisiaj przemierzenie 100 kilometrów nie jest dla mnie żadnym wyzwaniem, a często latem – gdy słońce zdecydowanie dłużej wisi nad widnokręgiem, niż obecnie – takie rundki przemierzałem po pracy. Jeżdżenie na rowerze jest pełne subiektywnych odczuć, które sprawiają że wiele pojęć jest względnych. Każdy z nas je definiuje na swój sposób. Teoria względności zakłada, że ​​prawa fizyki są wszędzie takie same, tylko różni widzowie inaczej widzą czas i przestrzeń. Bo czy wielka jazda jest zawsze długą podróżą?  Jak więc mógłbym zdefiniować tą „wielką jazdę”? Nie jest to takie oczywiste i jednoznaczne. Myślę, że najbardziej precyzyjnie określiłbym ją jaką każdą wycieczkę, w której mój organizm wysyła wyraźne sygnały zmęczenia. Jedziesz pusty i bez energii, na typowej kolarskiej „bombie” wiedząc że do domu wciąż jeszcze kilka godzin kręcenia.

Długość jest zależna od perspektywy i definiowana przez nasze doświadczenie. Od bardziej doświadczonych od siebie usłyszałem kiedyś, że wielkie przejażdżki mierzone są czasem, a nie odległością. Siedem godzin to 420 minut dla wszystkich. Czy to długi czas na rowerze? Możesz powiedzieć, że tak, ale dla mnie niekoniecznie. Moja najdłuższa jazda to 26 godzin z minutami. Tak długa podróż samochodem, pociągiem czy samolotem byłaby trudna do zniesienia, jeśli nie niemożliwa. Czas spędzony na rowerze działa w innym wymiarze. Gdy czujesz się dobrze, a noga kręci się dobrze ledwo zauważysz upływające minuty, podobnie jak wiatr ocierający się o twoje policzki. Ale gdy zacznie dopadać zmęczenie w mgnieniu oka czas zacznie się rozciągać. Kolejne minuty będą trwać coraz dłużej, sprawiając że każda kolejna godzina na rowerze to wieczność. 

Pamiętam swoje pierwsze 100 kilometrów. To było ogromne przeżycie, ale mój świat był wtedy znacznie mniejszy. Opuszczenie znanego sobie otoczenia, wyjechanie poza znaną strefę „komfortu” przypominało ekstremalną wyprawę na koniec świata. Towarzyszyło temu wielkie poczucie ekscytacji, determinowane przez możliwość jazdy nowymi, nieznanymi szlakami i odkrywania nowych granic – tych w przestrzeni i sobie. Połączenie podniecenia i nerwowego strachu przed nieznanym. 

Wiele lat później wciąż pragnę takich przygód, zmieniła się tylko ich skala. Kliknięcie bloków w pedałach to zobowiązanie, które podjąłem tylko dla siebie. Wszystko jest inspirujące. Śpiew ptaków, rosa na trawie, utrzymująca się nisko leżąca mgła. Ulice, zwykle chaotyczne, są spokojne, a szerokie drogi puste. Wschód słońca jest zawsze wyjątkowy, a rzadko kiedy życie nabiera takiego znaczenia, co teraz. Pierwsza godzina, a nawet dwie mijają zaskakująco szybko, podekscytowanie daje poczucie nieograniczonej energii, choć podświadomość podpowiada, że to myślenie jest dalekie od prawdy. Czuję się jak dziecko zrywające ozdobny papier pakowy z prezentów urodzinowych, zaniedbując wszystko inne. Przecież moc jaką dysponuję nie jest nieograniczona i muszę zacząć nią dobrze zarządzać. Wewnętrzny głos krzyczy do mnie: Uspokój się, spójrz w górę, oceń widoki, dźwięki i zapachy. Poczuj jedność z rowerem i pejzażem barw który Ciebie otacza. Uspokajaj się za każdym pociągnięciem korby.  Wszystkie wspomnienia, problemy z którymi wyruszyłem w trasę zanikają. Powstają nowe rzeczywistości i wydaje się, że życie jest teraz prostsze. Pedałuję, piję, jem. Nie ograniczają mnie żadne terminy, nie muszę nic nikomu udowadniać. Droga nie jest celem, jest przygodą. Wiatr, deszcz, chłód. To nie ma znaczenia. Mogę jeździć wiecznie. Do czasu.

Ten moment zawsze przychodzi niespodziewanie. Nie wtedy kiedy bym go oczekiwał. W jednej chwili przestaję uciekać od czegoś, ale wracam do wszystkiego, co zostawiłem. Myśli zwracają się do tego, ile czasu zajmie ukończenie prac porządkowych, które czekają na mój powrót. Pojawiają się bóle. Wewnętrzne głosy szepczą do ucha coraz głośniej się z każdym pociągnięciem pedału. Teraz wzgórza pojawiają się znikąd. Walczę mozolnie z każdym wzniesieniem, która do tej pory była zwyczajną zmarszczką. Chciałbym nadrobić stracony czas na zjeździe przyjmując swoją aero-pozycję w stylu Christophera Frooma, tyle tylko że mózg i zmęczone ciało nie zgadzają się na to. Zmęczenie to cena, jaką płac się za nakarmienie swojej duszy. A jeszcze trzy godziny na rowerze. To, co zwykle byłoby krótką przejażdżką, teraz wydaje się być dożywotnim wyrokiem. Zaczynam mówić do siebie, ale nie jest to głos rozsądku. Czas traktować siebie jak dziecko. Miękkie słowa zachęty. Świat stał się bardzo mały. Każdy następny metr drogi to jedyne skupienie. Każdy mięsień krzyczy z bólu, poranny śpiew ptaków już dawno minął, cisza którą tak wielbiłem jeszcze niedawno opadła. Gry mentalne w mózgu trwają, a czas nabiera wartości bezwzględnych. Wcześniej starałem się uciec od innych, teraz chcę uciec od siebie.

Tak zapamiętałem każdą swoją „wielką jazdę”. Niezapomniane przygody, które pozostawiły niezatarty ślad w umyśle i mojej rowerowej duszy. Przygody, które dały nowe doświadczenia, które sprawiają że im jestem starszy tym chce więcej. Jeszcze więcej.

Zobacz jeszcze to: