Podróże

#chciećtomóc [część siódma]

Ta noc była jeszcze krótsza, niż wcześniejsze. Późny przyjazd do Granady, a następnie rozpakowywanie i składanie roweru sprawiły, że położyłem się spać grubo po północy. Buzujące endorfiny obudziły mnie kilka godzin później. To był najważniejszy dzień całej wyprawy. Kilka godzin później miałem zdobyć Pico de Veleta, trzeci szczyt Sierra Nevada do którego prowadzi najwyżej położona droga w Europie.

Czytaj: część pierwsza

Czytaj: część druga

Czytaj: część trzecia

Czytaj: część czwarta

Czytaj: część piąta

Czytaj: część szósta

Zmiana planów zdeterminowała również zmianę trasy. Pierwotnie zamierzałem wjeżdżać od strony Pinos Genil, ale wcześniejsze pojawienie się w Granadzie zmusiło mnie do odwrócenia przygotowanego śladu. Rozpoczynałem od strony Monachil, miejscowości która dwa lata temu gościła Vuelta a Espana, co zresztą było widoczne na asfalcie. Co chwilę pojawiały się nazwiska Nibali, Contador, czy Kruijswijk, ale najwięcej grafik wspierało Tomka Marczyńskiego.

Wersja podjazdu – którą wybrałem zupełnie nieświadomie – jest prawdopodobnie najtrudniejszym wariantem z wszystkich możliwych. Do wspomnianego Mortil prowadzi niespecjalnie przyjemny podjazd przekraczający 10%, choć otoczenie domów i apartamentów wokół nieco to fałszuje. Prawdziwe wyzwanie czeka jednak kilka kilometrów dalej. Po minięciu wszystkich zabudowań i najwyżej położonego campingu w Hiszpanii, droga nieco opada, rower się rozpędza, by za łukiem stanąć niemal w miejscu. Ściana płaczu – tak ten fragment określono w jednej z relacji z Vuelty i faktycznie potrafiła wycisnąć łzy z oczu. Wahoo pokazał 20% nachylenia, oficjalne grafiki wskazują nawet 22%.

Ładnie się zaczyna – myślę sobie, wszak był to raptem 11. kilometr podjazdu. Kilka kolejnych kilometrów było nie mniej ciężkich, a sytuacja zmieniła się dopiero, gdy wjechałem na główną drogę A-395. Tam wznios ustabilizował się na poziomie akceptowalnych 4-5%, a coraz częściej zza gęstwin lasu dało się dostrzec majaczący szczyt Velety. Sama nazwa góry oznacza „wiatrowskaz” i tego dnia to znaczenie wydaje się być trafne. Chmury gromadzące się złowieszczo wokół wierzchołka zaprzeczają słońcu, jakie rozgrzewa moje już mocno spocone ciało.

Obawiając się powtórki z Mont Ventoux zatrzymuję się na chwilę, sprawdzając kolejne witryny z prognozami pogody. Żadne nie wskazują na możliwość pojawienia się nieprzewidzianych zjawisk. Jadę pełen nadziei, że tego dnia nie zostanę niczym zaskoczony. Docieram do opustoszałej miejscowości Pradollano. Ta cisza i spokój jest dość przytłaczająca. Wśród kilkudziesięciu osób, jakie mijam ponad połowa to kolarze szosowi i amatorzy większych wrażeń na rowerach enduro. Typowych turystów jest ledwie garstka. Miejsce to ożywa zimą, będąc największym ośrodkiem narciarskim w okolicy. W jedynym czynnym sklepie uzupełniam bidony wodą, a energię czekoladą, która wydaje się najtrafniejszym wyborem z dość ubogiej oferty tego malutkiego marketu.

Przede mną druga, zdecydowanie bardziej wymagająca część podjazdu. Mimo, że w nogach mam już 28 kilometrów, to prawdziwa wspinaczka dopiero przede mną. Nie dość, że nachylenie będzie konsekwentnie oscylować w okolicach 10%, to przeszkodą będzie jeszcze wiatr odbijający się od skalistych zboczy spalonych hiszpańskim słońcem. Mam wrażenie, że będąc coraz wyżej doświadczam przebywania w niesamowitym miejscu. To dziwne połączenie Dzikiego Zachodu znanego z niedzielnych westernów z powierzchnią Marsa prezentowaną na zdjęciach łazika NASA. Widok ten pobudza wyobraźnię tworząc wyjątkowo spektakularny krajobraz.

Jest on dodatkowo potęgowany gęstniejącymi chmurami. To właśnie w tym jasnym, ale zachmurzonym otoczeniu sceneria robi się naprawdę obłędna. Wydaje się, że grzbiety górskie nabierają nowej głębi pod lekką chmurką. Gdy teren staje się bardziej nierówny, nachylenie konsekwentnie trzymające 10% zaczyna zbierać żniwo. Płynny rytm, z jakim starałem się do tej pory wjeżdżać, zamienia się w kolarskie staccato. Każde sto metrów wzniesienia zmienia moje uczucie wysiłku w uczucie wyczerpania.

Coraz większe wyrwy w asfalcie uzupełnianie niechlujnie rozrzuconymi kawałkami mieszanki żwiru i czegoś w rodzaju gruzu nakazują umysłowi wykrzesać maksimum skupienia. Z każdym kolejnym pociągnięciem korbą wjazd staje się coraz bardziej surrealistyczny. Szczyt mam już na wyciągnięcie dłoni, wydaje się być bardzo blisko, choć to bardzo złudne uczucie. Wahoo brutalnie pokazuje, że przede mną wciąż jeszcze kilka agrafek do pokonania i ponad 200 metrów w pionie. Kolejne metry ciągną się w nieskończoność, a ja bardziej wspinam się siłą woli niż mięśni.

Zacząłem ignorować fenomenalne widoki, jakie rozpościerają się na południową Hiszpanię koncentrując swoją uwagę na decydującym fragmencie podjazdu. Duże, gładkie kamienie rzucały rowerem raz w prawą, raz w lewą stronę. Do szczytu docieram kilka minut przed 16:00, po ponad siedmiu godzinach wspinaczki. Udało się! Poczucie ulgi mieszało się z szaloną radością, choć mój stan fizyczny ani trochę tego nie oddawał. Powiedzieć, że zmęczył mnie ten podjazd, to nic nie powiedzieć. Usiadłem na skalistym zboczu, zza którego wyłoniła się kozica wyraźnie skonfudowana moją obecnością. Przez ostatnią godzinę nie minąłem już nikogo, będąc jednym z ostatnich śmiertelników tego dnia na wierzchołku.

Po dłuższej chwili mój umysł zaczął rejestrować widziane wokół obrazy. Towarzyszyło mi uczucie obcości, bycia w miejscu tajemniczo pustym i oderwanym od typowych ziemskich realiów. Wszystkie dotychczasowe momenty, gdy w trakcie tej wyprawy stwierdzałem „ale jest pięknie” nie były w stanie równać się z widokiem otaczającym Pico de Veletę. Widokiem paraliżującym ciało, a jednocześnie pozwalającym zachwycać się tym, co było wokół. Zimny wiatr z każdą kolejną sekundą uświadamiał mi, że w tej hipnozie nie mogę trwać wiecznie. Założyłem kamizelkę i zacząłem mozolny zjazd w dół.

Dopiero teraz przyglądam się bliżej bramie w kształcie trójkąta z górskich kamieni, która zwieńczona jest figurą Matki Boskiej – la Virgen de las Nieves – patronki Sierra Nevada. Z jednej strony widać wierzchołek Velety, z drugiej zaś opuszczone obserwatorium astronomiczne. Za przekroczeniem zamkniętego już o tej porze szlabanu w końcu mogę puścić klamki hamulcowe i rozpędzić się. Mimo, że wciąż przebywam na wysokości ponad 2000 m n.p.m. jest już bardzo ciepło. Co chwilę mijają mnie oklejone i osłonięte specjalnymi plandekami samochody. Droga w kierunku Pradollano jest jednym z najpopularniejszych odcinków testowych dla producentów samochodów.

Do Granady wjeżdżam chwilę po zakończeniu popołudniowej fiesty, co sprawia że ulice są względnie puste. Od razu kieruję się na stację kolejową, by zakupić bilety na powrót do domu. W biurze obsługi, gdy powiedziałem że jestem „trabajador ferroviario de Polonia” od razu zobaczyłem uśmiechy na twarzy, które zapewniły mi bez dodatkowych dopłat miejsca w I klasie jednych z najszybszych pociągów w Europie – AVE. Mimo życzliwości i chęci pomocy Francisca i Rodrigo nie byli w stanie zrealizować moich życzeń w pełni. Pierwotny plan zakładający powrót pociągami musiałem zmienić, gdy dowiedziałem się, że z Barcelony do Paryża w jednym z sześciu ruszających dziennie składów TGV wolne miejsca są dopiero za trzy dni. Do stolicy Katalonii dotarłem przez Madryt, a następnie przesiadłem się do regionalnego składu, który dowiózł mnie do Girony. Kilka godzin wcześniej zabukowany bilet na samolot był nieludzko drogi, ale pozwalający za kilkanaście godzin położyć się w swoim łóżku we Wrocławiu.

2 913 kilometrów w poziomie, 24 kilometry w pionie, 15 dni, 140 godzin spędzonych na siodełku. Wiatr, deszcz, grad, zimno, a następnie nieznośny hiszpański upał. To nie było łatwe wyzwanie i takie miało być. Znów dowiedziałem się o sobie bardzo wiele, nabrałem jeszcze większej pokory do natury i nabrałem chęci na więcej.

Zobacz jeszcze to: