alicante
Podróże

#chciećtomóc [część szósta]

To nie była spokojna noc. Kolejna z rzędu zresztą. Sen przerywały kolejne fale dreszczy na ciele pojawiające się na przemian z intensywnym poceniem. Łykam dwie tabletki paracetamolu sądząc, że to przeziębienie próbuje mnie rozłożyć. Te objawy były jednak bardzo nieadekwatne dla zwykłej infekcji.

Czytaj: część pierwsza

Czytaj: część druga

Czytaj: część trzecia

Czytaj: część czwarta

Czytaj: część piąta

Brak snu zdeterminował wcześniejsze rozpoczęcie dnia. Już kilkanaście minut po 6:00 siedziałem na rowerze, mimo że na ulicach Villajoyosy wciąż była ciemna noc. Chciałem nieco oszukać pogodę, a w dużej mierze też siebie i zrobić jak najwięcej kilometrów przed najbardziej intensywną słonecznie częścią dnia. Po raz kolejny los udowodnił mi, że planowanie – nawet tak krótkoterminowe – w czasie takiej wyprawy nie ma sensu. Na przedmieściach Alicante przy mijaniu kolejnego z wielu tutaj rond łapię gumę. No nic, zdarza się – myślę sobie – przecież mam jeszcze jeden zapas.

Przynajmniej tak mi się wydawało, że go mam. Po chwili okazało się, że przez dwa tygodnie woziłem ze sobą dętkę 26″, a nie 27,5″! Ale głupi jesteś! Było kilka minut po 7:00 rano, a najbliższe sklepy rowerowe otwierały się dopiero o 10:00. Chciałem trochę oszczędzić czasu i dotrzeć na drugą część miasta do marketu sportowego z biało-niebieskim logo, które było czynne godzinę wcześniej. Lecz nie spodziewałem się, że zostanę wyproszony z autobusu komunikacji miejskiej… Sorry, this is policy of our company – usłyszałem od kierowcy. Bezradny i zrezygnowany usiadłem na pobliskim przystanku, bez chęci do działania.

Po dłuższej chwili ruszyłem z pomocą map Google do najbliższego sklepu, który był oddalony bagatela o 3 km. Z uniesioną ramą nie chcąc niszczyć opony przemierzałem kolejne uliczki, by po kilkudziesięciu minutach znaleźć witrynę sklepu rowerowego. Było kilka minut po 9:00. Dopiero po dłuższej chwili zobaczyłem za szybą kartkę z napisem: La tienda está cerrada esta mañana. Te invitamos por la tarde, oznajmiającą że tego dnia sklep będzie czynny dopiero po popołudniowej przerwie. No świetnie. Otwieram znów mapy Google, poszukując kolejnego miejsca z rowerowymi częściami. 1,5 km dalej. Nie mam wyjścia, rower pod pachę i idziemy. Na szczęście malutki serwis był czynny i co najważniejsze miał to czego potrzebowałem – dętki 27,5″. Wymieniłem, napompowałem, jeszcze chwilę porozmawiałem z właścicielem i ruszyłem w końcu w dalszą podróż. Była 11:00.

Przejazd przez miasto też trochę trwał i jedną z najpopularniejszych destynacji hiszpańskiego wybrzeża wśród polskich turystów opuszczam kilka minut przed południem. Powietrze już jest nieznośne, a temperatura dawno temu przekroczyła 30 stopni Celcjusza. Po kilkunastu kilometrach jazdy czuję, że mój organizm potrzebuje przerwy i uzupełnienia energii. W Elche zatrzymuję się w pierwszym napotkanym markecie. Doładowuję się kaloriami, obficie nawadniam i kilkadziesiąt minut później ruszam dalej. Na cyfrowym termometrze dostrzegam absurdalną wartość 44 stopni Celcjusza w cieniu. Nogi nie kręcą się tak jak powinny, czuję dziwny opór i niezrozumiałe osłabienie.

W pewnym momencie ląduję w rowie. Nie wiem, czy była to utrata świadomości, czy tylko chwilowe omdlenie. Bynajmniej nie potrafię w pamięci odtworzyć samego momentu upadku. Dłuższą chwilę nie potrafię się pozbierać. Mam nogi z waty, całe ciało trzęsie się, a ja próbuję zrozumieć co się wydarzyło. Wiem, że nocne dreszcze i poty nie były przypadkowe. To były sygnały stopniowego przegrzewania organizmu, którego kulminacja nastąpiła przed chwilą. W oddali, kilkaset metrów dalej dostrzegam duży dom dający trochę cienia. Dojeżdżam tam, by ochłonąć i zastanowić się nad tym, co zrobić. W pierwszej chwili moje myśli podążają w kierunku jazdy nocą. Po racjonalnej ocenie swojego stanu fizyczno-psychicznego dochodzę do wniosku, że nie będzie to rozsądne rozwiązanie. Analiza kolejnych prognoz pogody, które zapowiadały jeszcze cięższe warunki przez najbliższe 72 godziny przybliżały mnie do podjęcia trudnej, ale chyba najbardziej rozsądnej decyzji.

Od Murcji dzieliło mnie kilkanaście kilometrów. Sprawdziłem możliwość komunikacji z Granadą. Najbliższy autobus odjeżdżał przed 19:00. Zdecydowałem, że odpuszczam. Rozsądek podpowiadał mi, że 285 kilometrów śladu jakie mi pozostało do zrobienia może się okazać zbyt trudnym wyzwaniem, w szczególności że czekało mnie ponad 7 000 metrów przewyższenia. Z drugiej strony nie chciałem rezygnować z celu, który był już tak blisko. Przez 14 dni zrobiłem ponad 2 800 kilometrów, wypełniając wcześniejsze swoje zamierzenia. Postanowiłem, że odcinek do Granady przejadę autokarem. Zakupiłem specjalną składaną torbę na rower, spakowałem go i wsiadłem do wygodnego autokaru, by po trzech godzinach znaleźć się u podnóża Pico de Veleta.

Już wcześniej zabukowałem hotel tuż przy dworcu, by późnym wieczorem nie tracić energii i czasu na poszukiwanie noclegu w tym sporym mieście. Jeszcze przed pójściem spać złożyłem go ponownie, by rano tylko zamontować torby i ruszyć ku najwyżej położonej drodze w Europie.

Czytaj: część siódma

Zobacz jeszcze to: