kolarstwo
Przemyślenia

Spaliłem się na starcie

Sezon kolarski w Polsce rozpoczął się na dobre. Przez dwa ostatnie weekendy przypatrywałem się dwóm wyścigom. Tradycyjne otwarcie sezonu w Sobótce i inauguracja amatorskiego cyklu Szosowy Klasyk w Miękini. Setki, jeśli nie tysiące kolarzy stanęło na starcie, by zmierzyć się z trasą, rywalami, ale przede wszystkim swoją głową.

Wszyscy jeździmy dla przyjemności. Nie wierzę, że wśród czytelników znajdzie się przynajmniej jedna osoba, która swój pierwszy rower szosowy, MTB, gravelowy, enduro, czy jakikolwiek inny kupowała w innym celu. Z biegiem czasu nasze patrzenie na tą „przyjemność z jazdy” się zmienia, tak jak zmienia się nasze doświadczenie i możliwości. Chcemy jeździć szybciej, dalej, czerpać wciąż coraz więcej frajdy. I nie ma w tym nic złego, dopóki nie zaczniemy się rozmijać z własnymi oczekiwaniami. Gdy z miłośników jeżdżenia na rowerze, stajemy się miłośnikami wygrywania. Problem w tym, że nigdy niczego nie wygraliśmy i najprawdopodobniej nie wygramy.

Więcej sprzętu, niż talentu

– Arek kupił nowy rower, bardziej aero, ciekawe na ile mu to pomoże?

– Andrzej ma za to nowe lekkie karbonowe koła. Podobno sztywne jak cholera i toczą się gładko.

Tą i wiele podobnych rozmów usłyszałem przez ostatnie dwa weekendy wiele. Z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że większość z nas kupuje nowe, droższe i lżejsze komponenty nie dlatego że nas na nie stać, że ładniej wyglądają, że dają więcej radości z jazdy. Kupujemy je tylko i wyłącznie dlatego, by być szybszym od Iksińskiego, czy Kowalskiego. Jedynym naszym celem jest rywalizacja z innymi. A czy tego właśnie chcieliśmy wsiadając na rower?

Jaki wyścig by to nie był, wygląda to zawsze mniej więcej tak samo. Przechwałki ile to czasu spędziłem na trenażerze, jaki świetny plan treningowy wdrożyłem i tak dalej. Później rzeczywistość brutalnie wszystko weryfikuje. „Gdyby meta była kilka metrów bliżej, to bym z nim wygrał”, „gdyby nie te beznadziejne płyty to bym go na pewno wyprzedził”. Nasze społeczeństwo w nawyku ma narzekanie i co by się nie wydarzyło zawsze szuka „dziury w całym”.

„Gdybym trenował więcej, to bym był pierwszy” – nie byłbyś, bo to tak nie działa. Każdy z nas jest amatorem, większość z nas ma swoje zobowiązania, wszyscy działamy w zakresie pewnych wyrzeczeń , rezygnujemy z niektórych obowiązków na rzecz treningów. Nie zawsze jednak każdy potrafimy rozróżnić dobrą zabawę od spalary.

Świat jest piękny, nie liczby

Wieczne biadolenie i zrzędzenie jest jednym z powodów dla których omijam bloki startowe większości wyścigów. Bo dla mnie nie liczy się jak szybko wjadę tu, czy gdzie indziej, byle urwać tą sekundę więcej Iksińskiego. Dla mnie liczy się to, że kiedyś na Łapszance umierałem zsiadając z siodełka, a dzisiaj jestem w stanie – może nie w pełni przyjemnie – cieszyć się podjeżdżaniem i wspaniałą panoramą Tatr jaka się tam rozciąga. Ot, właśnie.

Zastanawiasz się pewnie nie raz dlaczego najczęściej jeżdżę sam? Już Ci spieszę z odpowiedzią. Schemat wygląda zawsze mniej więcej podobnie.

– Cześć, jedziesz coś na weekend?

– No wiadomo. Tylko wiesz… startuję o 4:00 rano, by móc się cieszyć wschodem słońca a później kilkuset kilometrami wspaniałych krajobrazów.

– Zwariowałeś? To przecież środek nocy. Kto normalny o tej porze jeździ? Przecież jest jeszcze zimno i ciemno!

– Ale za to cudownie. To jak? Jedziesz?

– Nie to ja odpuszczę. Poza tym wczoraj zrobiłem mocne interwały i mi Garmin pokazuje 60 godzin przerwy.

Wiesz już zapewne, że w ubiegłym roku podjechałem na Stelvio spełniając jedno ze swoich kolarskich marzeń. Podczas kolejnych kilometrów wspinaczki miałem tylko jeden cel – być tam jak najdłużej. Nie wjechać najszybciej jak się da, tylko zachwycać się tym co wokół.

Zdradzę Ci coś, choć jeśli jesteś uważnym czytelnikiem tego bloga, sam pewnie już doszedłeś do tych wniosków. Im więcej mam okazję oglądać tych wschodów słońca, im częściej mogę podjeżdżać do góry na przełęcze – tak te znane, jak i dopiero odkrywane, im więcej mogę dostrzec, przeżyć, zachwycić się otaczającym światem, to uświadamiam sobie, że to jest właśnie clue mojej rowerowej szajby. To chwile, których żadnymi liczbami i wymyślnymi Excelowymi formułami określić się nie da.

Zobacz jeszcze to: