rapha festive500 birucycling
Pozostałe

Wahoo ELEMNT Bolt

Nie! Krzyczy wewnętrzny głos wydobywający się z głębi Ciebie próbując bezskutecznie odwrócić nadprzyrodzonymi siłami kierunek wiejącego wiatru. Z wszystkich sił natury ma on najbardziej destrukcyjny wpływ na czerpanie radości z życia. Tego na rowerze przynajmniej. Nic tak nie potrafi zepsuć udanego dnia jak wiatr. Nic poza wiatrem – nie powoduje tak ambiwalentnych reakcji. Z jednej strony śmiejesz się nad swoją bezradnością wobec niego, z drugiej wściekasz się patrząc na wartości jakie pokazuje Wahoo. Masz ochotę go wypiąć z uchwytu i wyrzucić w cholerę.

Co to, to nie… Za dużo monet wydałeś na to cudo, poza tym nie licząc tych krótkich chwil frustracji i wewnętrznej złości nie masz do niego zastrzeżeń. By nie powiedzieć, że to w końcu urządzenie które spełnia 100% Twoich potrzeb. I choć z jego zakupem wahałeś się długo – w końcu to Wahoo jak słusznie kiedyś zauważył Piotr – to nie możesz żałować. Chyba co najwyżej tego, że zdobyłeś go kilka miesięcy później niż powinieneś.

Wahoo ELEMNT Bolt. Małe, niepozorne urządzenie, które jakimś cudem wdarło się przebojem do świata zdominowanego przez G….ówniane pudełeczka. Nie, nie będzie to test sprzętu którym zostało powiedziane już wiele i jeszcze więcej. Jeśli chcesz wiedzieć co z czym i gdzie to przeczytaj wpisy u DC Rainmaker i El Kapitano. Chłopaki podeszli do tematu sumiennie w zasadzie wyczerpując temat na wylot. Nie będzie to też recenzja, bo żaden ze mnie Tomasz Raczek kolarstwa by to robić. Najpewniej używam mniej niż 10% funkcji (z których i tak de fakto korzysta 90% użytkowników), więc nie mogę się nawet podjąć recenzowania czegoś, czego w pełni nie znam (i najpewniej nie skorzystam).

To co to będzie? Wpis o wrażeniach, zachwytach i irytacjach. Napiszę co mnie zaskoczyło, co denerwuje, co bym zmienił, a czego z pewnością nie zamienię na nic innego. Zrobię to porównując Wahoo z dwoma posiadanymi przeze mnie dotychczas komputerkami: Garmin Edge 500 i Sigma Rox 10. Lubiłem każde z nich na swój sposób, wydawały się dobre, lecz miałem niedosyt pewnych ich braków.

Wahoo ELEMNT Bolt
fot. dcrainmaker.com

Wrażenie wow towarzyszy w zasadzie od samego początku obcowania z Wahoo. Świetnie zapakowany w elegancki karton zachęca do tego, by go otworzyć. Konfigurowanie go według własnych potrzeb powoduje zachwyt i jednoczesne zaciekawienie – co będzie dalej. By w ogóle zacząc z Bolta korzystać, trzeba zainstalować na smartfonie dedykowaną aplikację. Ktoś by powiedział że to wada, ale… Nie żyjemy w 2000 roku, tylko 2019 a od szklanych ekranów uzależniliśmy się już jakiś czas temu. Co istotne jeździć można bez włączonej aplikacji, ale ograniczymy sobie część ciekawych funkcji samego urządzenia.

Jedną z nich są powiadomienia o przychodzących sms-ach, czy dzwoniącym telefonie. Na tyle jest to dobrze rozwiązane, że na ekranie komputerka widzimy kto dzwoni i czy koniecznie musimy sięgać do tylnej kieszonki po nasz telefon. Jest to też dobre dlatego, że przy dużym hałasie, czy mocnym wietrze zwyczajnie nie musimy się domyślać czy coś tam z tyłu dzwoni, tylko widzimy to czarno na białym. W Sigmie funkcja ta podobno też istniała i chodzą słuchy, że komuś na świecie udało się sparować swój telefon z urządzeniem. Projektanci legendarnej 500-tki Garmina zaś pewnie nawet nie myśleli, że ktoś takiej funkcji w rowerowym liczniku będzie potrzebował. Na szczęście powiadomień z portali społecznościowych nie zobaczymy. Drugą rzeczą, która mnie osobiście zachwyciła i z którą do tej pory nie miałem do czynienia jest możliwość śledzenia live. Sprowadza się to do wygenerowania linku i udostępnienia go wybranym dowolnie osobom.

Płynnie przejdźmy zatem do nawigacji, czyli najmocniejszego moim zdaniem punktu, który stawia Wahoo ELEMNT Bolt ponad innymi produktami w tej półce cenowej, ale nie tylko. Do tej pory jeździłem w oparciu jedynie o ślad, co często powodowało konieczność nadrabiania drogi. Zarówno Garmin jak i Sigma z mocnym opóźnieniem (nawet 200-300 metrów) informowały o tym, że zjechałem z wcześniej wytyczonego szlaku. W przypadku Wahoo nie ma możliwości pojechać źle. Po pierwsze dlatego, że macie do dyspozycji aktualizowane na bieżąco mapy OpenStreetMaps, po drugie urządzenie reaguje bardzo szybko na każde nasze odbicie z trasy, urządzając dyskotekę z dostępnych diod i sygnałów dźwiękowych. Słowo jeszcze o tym jak umieścić mapę w urządzeniu. Nie musimy nic wgrywać – z sentymentem powracam do Garmina – ani niczego konwertować w bardzo opornym programie (jak to było w przypadku Sigmy). Wystarczy podpiąć swoje konta Stravy, Koomot’a, czy RidewithGPS by móc widzieć w aplikacji Wahoo wszystkie swoje trasy. Kliknięcie wybranej powoduje automatyczne przekazanie jej do urządzenia. Genialne!

Jeśli chodzi o synchronizację z czymkolwiek to odbywa się ona łatwo, szybko i zasadniczo bezproblemowo. Korzystam z pulsometru i pomiaru kadencji zakupionego u majfrendów. Parowanie w przypadku Garmina i Sigmy zawsze wymagało kombinacji, jak np. ręcznego wpisywania numeru, a Wahoo poradził sobie z nimi w kilka sekund. Ale to nie wszystko. Wystarczy że urządzenie znajdzie się w zasięgu sparowanego wifi, by przesłać dane do wszystkich Waszych aplikacji. Nie zdążysz jeszcze przekroczyć progu swojego domostwa, a już będą leciały kudosy na Stravie. Urządzenie całkiem sprawnie odnajduje zasięg nawigacji. Wszystko dlatego, że oprócz GPS-a odbiera sygnał GLONASS, choć pod tym kątem Sigma wydaje mi się była odrobinę szybsza. Garmina nie porównuję, ponieważ ten potrzebował często nawet 5 minut by złapać jakikolwiek zasięg.

Bateria. Jakiej by nie było, do niektórych moich potrzeb i tak okazuje się za mała. Dlatego ważnym czynnikiem jest możliwość ładowania w trakcie jazdy (a to nie jest takie oczywiste w innych produktach). Według zapewnień producenta wewnętrzny akumulator pozwala podobno na 15 godzin pracy, gdy działa „bez obciążeń”, czyli bez synchronizacji z niczym i nawigacji. Jest to zbliżone do rzeczywistości. Jadąc z włączoną nawigacją przez trochę ponad 9 godzin po powrocie pozostało jeszcze 34% stanu naładowania.

Aplikacja. Jest integralną częścią urządzenia i w zasadzie korzystanie z niej jest niezbędne przy użytkowaniu Wahoo. Niezwykle intuicyjna i przewidywalna. Nie zajęło mi więcej niż kwadrans by się z nią oswoić i rozumieć co, gdzie i jak. W przeciwieństwie do aplikacji Sigmy, która raczej zniechęcała do siebie. Każdy sobie z nią szybko poradzi. No dobrze. A gdzie te wady? Tak naprawdę to nie wady, a elementy do których można się co najwyżej przyczepić. Na urządzeniu brakuje mi informacji o stanie naładowania baterii. Niby nic istotnego, ale przy dłuższych wypadach taki element by się przydał. Druga rzecz, która boli bardziej, to materiały z jakich wykonano komputerek. Przy pancernym Garminie 500, którym bez strachu można było rzucać o ścianę i matowo wykończonej Sigmie, te wykorzystane w Wahoo szybko się rysują – niestety. Dlatego długo się nie zastanawiając zakupiłem gumową osłonkę by nie zniszczyć go za bardzo. Na szczęście cierpi tylko efekt wizualny, bo wszystko jest do siebie idealnie dopasowane, a przyciski reagują jak należy.

Gołe urządzenie kosztuje około 1000 złotych i wydaje się być ceną adekwatną do możliwości, ale też bardzo atrakcyjną w stosunku do konkurencji. Czy jest to sprzęt dla każdego? Pewnie że nie. Zasadniczo, jeśli ktoś kupuje go tylko po to, by później wrzucić ślad na Stravę, to lepszą inwestycją będzie Bryton z Decathlona. Ale jeśli ktoś wykorzysta jego możliwości w większym stopniu to zdecydowanie powinien się nim zainteresować. Nie wspomniałem tutaj o pomiarze mocy, połączeniu z Di2 i innymi grupami elektronicznymi, czy wykorzystaniem planów treningowych, segmentów Stravy i tak dalej. Nie korzystam z tego, więc nie mogę też za bardzo ocenić jak działają, choć domyślam się że dobrze patrząc na inne dopracowane aspekty jakie mnie w Wahoo ucieszyły.

Sprzęt kupiłem nieco taniej za sprawą Black Friday i sądzę, że gdyby za te 800 zł stał dzisiaj to nie powinien się nikt zastanawiać nad zakupem. Nie mogę też podkreślić świetnego wrażenia, jakie wywarł na mnie sklep w którym złożyłem zamówienie. Promocja – jak się okazało – przerosła oczekiwania. Rzadko kiedy jednak w takiej sytuacji dzwoni telefon a po drugiej stronie właściciel sklepu Arkadiusz Wojtas przeprasza, że urządzenie dotrze do mnie później niż zadeklarowano na stronie. Najczęściej otrzymujemy lakoniczny e-mail – o ile w ogóle jakąkolwiek informację. Ta sytuacja wywarła na mnie pozytywne wrażenie i zachęciła by częściej odwiedzać i korzystać z oferty Cycling Planet.

Zobacz jeszcze to: