Podróże

Znowu mi się udało!

Za oknem wciąż ciemno, choć zegar wskazuje dziewiątą rano. O tej porze nie raz w tym roku miałeś sto i więcej kilometrów na liczniku. Poranne promienie słońca nie chcą obudzić Ciebie już od dłuższego czasu. Dziwny to stan, szaro-bura sobota nie zachęca do opuszczenia przyjemnie ciepłego legowiska.

Wracasz wspomnieniami do minionych chwil, podjętych wyzwań, momentów szczęścia i dumy. Mógłbyś malkontencić, że słabo, że źle, że inni zrobili więcej, lepiej i dalej – w końcu jesteś Polakiem. Ale narzekać nie będziesz. Bo to był dobry rok, najlepszy. I pod względem wykręconych kilometrów i przeżytych chwil. Ten wpis to taka retrospekcja minionego roku. Zapraszam do lektury 🙂

Mapa moich podróży w 2018 roku

Gdy w lutym widzisz śnieg

Gdy w lutym widzisz śnieg

Trzy tygodnie bez roweru to moja najdłuższa przerwa od ponad roku. Nie wiem, jak jeszcze dwa lata temu wytrzymywałem 3-4 miesiące zupełnej posuchy. Wprawdzie w tym czasie się nie obijałem i kręciłem – nawet dość sporo, ale przyznam Wam szczerze, że maszyn spinningowych i tym podobnych mam po dziurki w nosie. Istnieje subtelna różnica jaką odczuwam pomiędzy jazdą w miejscu, a prawdziwym szaleństwem na powietrzu. 


Szlakiem kolarskich mistrzów

Znana przede wszystkim z XVII-wiecznego dworu i XIX-wiecznego kościoła , choć dla kolarzy bardziej jednak z paskudnej kostki brukowej, którą owa wieś jest wyłożona. Być może jest ona tajemnicą sukcesu wielu pochodzących z tej miejscowości kolarzy. Jan Faltyn i Jan Brzeźny to legendy lat siedemdziesiątych, gdy wraz z Szurkowskim i Szozdą byli idolami Polaków. Młodsze pokolenie, Paulina i Monika Brzeźne są obecnie idolkami kolejnych zapatrzonych w kolarstwo dzieci. 


Sezon prawdziwie rozpoczęty

Sezon prawdziwie rozpoczęty

A może tak Zielona Góra? Nosiłem się już dłuższy czas z zamiarem dojechania do Winnego Grodu, taki pomysł padł podczas któregoś meczu Stelmetu na którym byłem w hali CRS. Michał Szpak, dyrektor generalny mistrzów Polski rzucił hasło „to przyjedź rowerem na mecz”. No dobra. Na mecz dojechać się nie udało, graczy Andreja Urlepa nie zastałem. 


Korona królów

Korona królów

Podbudka o 1:30, gdy paradoksalnie wiele osób nie zdążyło jeszcze zasnąć, mocne śniadanie albo jak kto woli kolejna kolacja, dwa podwójne espresso i ruszyłem na szlak. Pierwsza godzina to przejazd przez Wrocław, który nawet nocą nie jest przyjazny dla rowerzystów, a sfrustrowani brakiem klientów taksówkarze próbują Ciebie rozjechać krzycząc coś o ścieżkach rowerowych. Gdyby te ścieżki były bezpieczniejsze i przyjaźniejsze dla moich kół od asfaltowej drogi to bym z nich korzystał, ot co.


Boska Karkonoska

Boska Karkonoska

Dojeżdżając do szlabanu możemy czuć się zwycięzcami – udało nam się podjechać, ale ambicja każe dotrzeć kilkaset metrów dalej, do schroniska Odrodzenie. 16% nachylenia wydaje się tutaj łagodną hopką w porównaniu z wcześniejszymi metrami, które pokonaliśmy. Możemy w końcu odpocząć, posilić się i podziwiać wspaniałe krajobrazy z każdej ze stron.


Łamiąc zasady

Odgrzebuję ślad wycieczki, którą miałem pokonać kilka tygodni wstecz, ale różne okołosprzętowe perypetie mi na to nie pozwoliły. 300 kilometrów to nie mało, ilość podjazdów do pokonania tym bardziej zaprzecza założonej na początku tygodnia idei „odpoczynku”, ale przecież zasady są po to żeby je łamać. Kolejną krótką noc tym razem przerywa budzik, a powolne świtanie za oknem wprawia mnie w jeszcze lepszy nastrój.


O tym jak zostałem ultrakolarzem

O tym jak zostałem ultrakolarzem

Ultrakolarstwo. To specyficzna odmiana jazdy na rowerze, gdzie nie liczy się szybkość, nie liczy się rywalizacja, ważny jest cel. Moje dojrzewanie do długich dystansów trwa w zasadzie od początku gdy zapałałem miłością do roweru. Nie rzucam się jednak w otchłań oceanu, staram się kolejne cele osiągać stopniowo. Jednym z kluczowych wyzwań tego sezonu był ultramaraton Tour de Silesia.


Z wizytą u Liczyrzepy

Z wizytą u Liczyrzepy

Przed Szarocinem zbaczam z głównej drogi wjeżdżając do Pisarzowic na pierwszy – i jak się później okazało jedyny pit stop. Wiatr przez sto kilka kilometrów które miałem w nogach dość wyraźnie wypłukał mnie z sił, i po każdym kolejnym kilometrze podjazdu na Okraj mam coraz mniej przekonania co do wcześniejszego pomysłu. Na górze uświadamiam sobie, że w kieszonce została tylko tubka skondensowanego mleczka. Ze względu na fakt, że nie miałem koron a niespecjalnie lubię oddawać pieniądze bankom korzystając za granicą ze swojej karty płatniczej wyczuwałem bombę, która z pewnością by mnie dopadła przy powrocie. Podejmuję więc decyzję, że zjeżdżam w dół i ruszam swoim szlakiem polskich Karkonoszy.


Lubię być zaskakiwany

Lubię być zaskakiwany

Średnio jakieś 6-7% to w normalnych warunkach nic szczególnego, ale jadę 13-kilogramowym vanem. Po co? To jest dobre pytanie, które jednak pozostawię bez odpowiedzi. Oglądam wspaniałe krajobrazy jakie rozpościerają się z każdej strony.

Rafał Majka, Michał Kwiatkowski!

Rafał Majka, Michał Kwiatkowski

Polakom kibicują nie tylko rodacy. Podjeżdżając w sobotę na Pradziada miałem okazję porozmawiać chwilę o kibicowskich rozterkach kolarza amatora z Vlastiborem. Czesi nie mają żadnego swojego przedstawiciela na tym wyścigu, a podobno ich sercom bliżej do Polski, niż do Słowacji (przyznam szczerze, że za każdym razem gdy to słyszę, to coraz bardziej tego nie rozumiem). Vlast nadawał mocne tempo, które niespecjalnie mi odpowiadało, dlatego musiałem przerwać naszą miłą pogawędkę i zwolnić.


Tour de Dreams – czyli jak wygrałem z marzeniami

Tour de Dreams

Widząc namalowaną na asfalcie cyfrę „1 km” będącą śladem jednego z prowadzących tędy Gran Fondo z moich oczu zaczynają płynąć mimowolnie łzy. Właśnie w tym momencie spełnia się moje marzenie towarzyszące mi od momentu, gdy prawdziwie zapałałem miłością do roweru. Jadąc do góry nie mija mnie nikt, na szczyt wjeżdżam pierwszy tego dnia, co potwierdza Pani sprzedająca pamiątki. Czuję się zwycięzcą tak jak ten Fausto Coppi, czy Eddy Merkx, którego słowa czytam codziennie po przebudzeniu w swojej sypialni.


Tam gdzie mnie nie ma

Tam gdzie mnie nie ma

Szosa Stu Zakrętów ukryta w lasach Parku Narodowego chroni mnie przed wiatrem i duchotą, która sobotniego poranka daje już o sobie znać. Po szybkim zjeździe przejeżdżam przez Kudowę i ruszam w kierunku czeskiej granicy. Plan był taki, żeby przejechać czeską część Gór Orlickich i dojechać mniej więcej do Międzylesia. Jak to zwykle bywa, wszystko posypało się tuż za Nachodem. 


Szwajcaria tak bliska, a tak daleka

Szwajcaria Saksońska

Saksonia, a ściślej jej „szwajcarska” część intrygowała mnie od dłuższego czasu. Już na początku ubiegłego roku stworzyłem ślad trasy chcąc jak najszybciej zaliczyć te tereny. Wycieczkę wciąż odkładałem w czasie, zapominając wręcz o niej, aż do ubiegłej soboty. Październikowe słońce świecące coraz niżej nad horyzontem w połączeniu z żółknącymi liśćmi drzew i świętującymi Oktoberfest Niemcami miały zachwycić mnie bardziej, niż w jakimkolwiek innym okresie.


Raj – czyli o Jesionikach raz jeszcze

raj

Poranek nie zapowiadał spektakularnych doznań i wręcz wielu by zniechęcił, ale nie mnie. Mgła budowała napięcie tak, że każde pociągnięcie korbą dodawało ochoty do jechania wyżej. Przełamuję klasyczny szlak odbijając w Mnichovie na Koty, które podczas ostatniej mojej wizyty zyskiwały nowy dywanik. Można rzec, w końcu, bo był to najgorszy fragment, który zmuszał wielu do nadrabiania drogi przez Vbrno pod Pradziadem. Docieram na pustą Hvezdę by rozpocząć samotny podjazd do góry. Rzadko tutaj doświadczam tego dziwnego uczucia, gdy nikt mnie nie wyprzedza, ani ja nikogo nie mijam. 

Zobacz jeszcze to: