Podróże

Szwajcaria tak bliska, a tak daleka

Musiało minąć dobre półtora roku, a w tym czasie zdążyłem wcześniej zrobić kilkadziesiąt tysięcy kilometrów, pojechać nad morze, przejechać ultramaraton, odwiedzić Alpy i prawdziwą Szwajcarię, by w końcu tu dotrzeć. Szwajcaria Saksońska i Czeska – bo o niej mowa, zaskoczyła, pobudziła zmysły i pozwoliła odżyć nie tak odległym wspomnieniom. Zacznijmy jednak od początku.

Z Niemcami nigdy nie było mi po drodze. Wprawdzie zamieszkiwałem tereny poniemieckie, a niemal każda miejscowość wokół posiadała dwujęzyczne tablice to niespecjalnie czułem jakąkolwiek więź z ów narodem. A być może właśnie dlatego nie czułem.

Wbrew opinii wielu, pochodzenie mojego nazwiska nie ma nic wspólnego z germanami. Wywodzi się ono od Birczy – miejscowości na Podkarpaciu, gdzie moi przodkowie zamieszkiwali. Etymologia podpowiada zaś, że birka to po węgiersku owca i nazwa związana jest z lokacją miejscowości na szlaku handlowym łączącym Polskę i Węgry. Sam wolę zdecydowanie japońskie tłumaczenie, gdzie biru to po prostu piwo.

Pamiętam czasy liceum, gdy dzielnie broniłem się przed germanizacją. Po trzech latach nauki języka naszych sąsiadów wiedziałem niewiele, nie wspominając o jakiejkolwiek możliwości porozumiewania się. „Dwója”, która „jak byk” wychodziła z cząstkowych ocen była adekwatną oceną moich lingwistycznych umiejętności. Nauczycielka widząc czwórki i piątki z innych przedmiotów zlitowała się i na świadectwie maturalnym zapisano przy języku niemieckim „dostateczny”. 

A tak naprawdę moja wiedza była daleka od „dostatecznej”. Dzisiaj, po kilkunastu latach mogę przyznać się Pani Klaudio, że tamta ściąga pod biurkiem to była jednak moja. 

Z tamtych lekcji pamiętam chyba tylko „Ich bin da”, a w trakcie swojej podróży mijając kolejne osoby spacerujące ścieżką rowerową długo zastanawiałem się, czy „Achtung” usłyszane w perypetiach filmowych Franka Dolasa to na pewno dobry odpowiednik czeskiego „pozor”, czy włoskiego „attenzione”. Sądząc po pogardliwych minach mijanych Niemców chyba jednak nie…

U naszych zachodnich sąsiadów tak naprawdę nigdy nie byłem. Pozwiedzać, czy po samochód nawet. W sumie to jest jakieś wytłumaczenie dlaczego auta wciąż nie mam. Nie liczę krótkiego epizodu w Ahlbeck, gdy nikt jeszcze nie słyszał o Schengen, na plaży był postawiony płot, a największą atrakcją wycieczki była pieczątka w paszporcie. W tym roku liznąłem już nieco Görlitz, ale nie na tyle by powiedzieć, że poznałem jakąś część Niemiec „pełną gębą”.

Niemiecki porządek

Saksonia, a ściślej jej „szwajcarska” część intrygowała mnie od dłuższego czasu. Już na początku ubiegłego roku stworzyłem ślad trasy chcąc jak najszybciej zaliczyć te tereny. Wycieczkę wciąż odkładałem w czasie, zapominając wręcz o niej, aż do ubiegłej soboty. Październikowe słońce świecące coraz niżej nad horyzontem w połączeniu z żółknącymi liśćmi drzew i świętującymi Oktoberfest Niemcami miały zachwycić mnie bardziej, niż w jakimkolwiek innym okresie.

Gęste i ciężkie powietrze towarzyszące nam w ostatnich dniach sprawiło, że oczekiwanej magii nie było. Lejącego się strumieniami piwa też nie zobaczyłem, jedynie plakaty na słupach informujące, że lokalne Oktoberfesty są przewidziane na przyszły weekend. Nawet wursta nie zjadłem tylko jakiś párek v rohlíku (bo muszę podkreślić, że część sobotniej wyprawy spędziłem także w Czechach). Swoją drogą wbrew powszechnej opinii to nie Amerykanie, a Niemcy i Czesi są mistrzami fast-food’owych dań.

Nie oznacza to, że było źle, czy beznadziejnie. Wręcz przeciwnie. Już na dworcu w Görlitz, który wprawdzie nie zachwyca jak ten we wrocławskiej Leśnicy, czuć inność świata w którym się znalazłem. Na ulicach miasta nietkniętego przez wojenne bomby zachwyca spokój i ład. Tutaj nawet spadające liście wyglądają na uporządkowane. 

Szwajcaria Saksońska

Nie tracąc czasu szybko wyjeżdżam na otwartą przestrzeń zaczynając zmagania z wiatrem, który tego dnia okaże się moim przekleństwem. Upajam się otaczającą przyrodą i wiejską architekturą. Właśnie dlatego ślad poprowadziłem bocznymi ścieżkami. Nie mogę narzekać ani na stan dróg – które tylko w nielicznych miejscach mogą irytować – ani na kierowców. Ci są wyjątkowo przyjaźni, albo wyjątkowo ostrożni (odpowiednie skreślić) w stosunku do rowerzystów.

Niemal każdy – nie licząc jednego emeryta sprawiającego wrażenie jakby nie ogarniał rzeczywistości – traktował mnie z szacunkiem. Nawet gdy poruszałem się głównym traktem, mając tuż obok ścieżkę rowerową. Podobno kolarze z rowerami w okolicach 7 kg mogą te ścieżki olewać, co chyba jest prawdą, bo kilkanaście mijanych patroli policji niespecjalnie zainteresowało się moją osobą.

Góry, których nie ma

Saksonia nie zachwyci miłośników gór. Tych zwyczajnie tu nie ma, a najwyższe szczyty wznoszą się w okolice 400-500 m n.p.m. Niech nikogo to nie zmyli, bo nie oznacza to wcale, że jest płasko. Wręcz przeciwnie. Liczne hopki sprawiają, że po 90 kilometrach barometr naliczył mi 1200 metrów pokonanych do góry. Nie wymagają one specjalnych umiejętności i szczerze mówiąc większość podjazdów kończy się, zanim pomyślisz jeszcze o zrzuceniu łańcucha z blatu. Nawet w październiku.

Nieco inaczej sytuacja wygląda po stronie czeskiej. Zwłaszcza za graniczną miejscowością Hrensko. Na przestrzeni kilkunastu kilometrów doświadczam trzech ścian, które w połączeniu z wypłukanym asfaltem tworzącym nieprzyjemną tarkę rozdrażniają mnie mocno, w szczególności że planowany powrót do domu pociągiem o 17:48 oddala się z każdym wolniejszym przekręceniem korby.

Zupełnie nie-czeska nawierzchnia nie pozwala też zaszaleć na zjazdach. Dodatkowo spory ruch samochodów za kierownicą których w większości siedzą czescy i polscy Janusze, sprawia że klamki hamulców trzymam mocniej niż zwykle. W Jetřichovicach wiem już że do domu wrócę późną nocą i mogę zwolnić niepotrzebnie narzucone tempo.

Skąd ta Szwajcaria?

Dla wielu zastanawiające może być skąd nazwa „Szwajcaria Saksońska” czy też „Szwajcaria Saska” się wzięło. Teren będący częścią Gór Połabskich został tak nazwany przez XVIII-wiecznych szwajcarskich malarzy przebywających w pobliskim Dreźnie. Konkretniej autorem nazwy jednej z najpopularniejszych atrakcji południowych Niemiec miał być Adrian Zingg stęskniony za ojczystymi panoramami.

Ale ile Szwajcarii jest w tej Szwajcarii? Skonstatuję to niepoliczalnym „no trochę jest”. Z jednej strony niemiecko-czeskiemu odpowiednikowi bardzo daleko do ujmujących krajobrazów kantonu Valais, z drugiej bardzo blisko tych, które zobaczyłem nad Renem i z perspektywy fotelu w pociągu na trasie Genewa – Zurych.

Sądzę, że porównywanie regionu nad Łabą do Helwecji nie jest do końca odpowiednie. Sasko-ustecka kraina jest urokliwa sama w sobie i niepowtarzalna. Polodowcowe piaskowce zachęcają by zatrzymać się choć na chwilę, albo wręcz zsiąść z roweru, założyć odpowiednie buty i wejść do lasu głębiej, by nakarmić tymi widokami gałki oczne jeszcze bardziej.

Czemu nic nie widziałem?

Trzeba uczciwie powiedzieć, że kilkudniowa wizyta w tym regionie i połączenie rowerowego wypadu z pieszymi wędrówkami jest z pewnością rozwiązaniem lepszym. Dlaczego? Z bardzo prozaicznego powodu. Większość atrakcji – tych znanych i sfotografowanych – jest z siodełka roweru zwyczajnie niedostępna.

Osobiście widząc tłumy turystów w kurorcie Bad Schandau odpuściłem przejazd do Bastei – niesamowitego kamiennego mostu usytuowanego pomiędzy obiektami skalnymi. Nie widziałem też magicznej Bramy Pravčickiej będącej nawiększym łukiem skalnym w Europie. W zasadzie z tych najbardziej polecanych atrakcji zobaczyłem jedynie twierdzę Königstein i to z dołu. Przy jej budowie wykorzystano rozległy płaskowyż. Wznosi się on ponad 200 metrów nad poziom Łaby i po uzupełnieniu naturalnych ścian skalnych murami powstał obiekt ongiś nie do zdobycia.

Zachwyciła mnie za to ścieżka rowerowa nad Łabą oblegana przez tłumy amatorów turystyki sakwiarskiej i bikepacking’owej, szosowców ale też zwykłych Niemców na e-bike’ach. Coś, co w Polsce jest jeszcze wciąż egzotyką, na Zachodzie staje się powszechnym standardem. A rowery z wspomaganiem stają się naturalną częścią krajobrazu. I nie ważne czy są to Niemcy, Włochy, Szwajcaria czy Francja.

Niesamowite są wszystkie mijane miejscowości. I nieistotne czy jest to osada z kilkoma zagrodami, czy kilkutysięczna mieścina. Niemiecka architektura wprawia w zachwyt, wręcz hipnotyzując swoimi walorami. W każdej spędzam choć chwilę i żałuję, że po raz kolejny jestem ograniczony czasem. Za każdym razem obiecuję sobie, że następnym razem będę mieć go więcej, by móc upajać się tymi widokami dłużej.

Wans, Abidos i kołpaki

Przejeżdżając przez przygraniczne czeskie miejscowości wróciłem pamięcią do wczesnych lat młodości, gdy to do Jesenika nie jeździło się by odwiedzić łaźnie Pressnitz’a, a raczej po Lentylky do Billi i na pobliskie targowisko kupić buty marki „Wans” od wietnamskich przyjaciół. 

I o ile dwadzieścia lat temu widok Polaka na czeskim targowisku (czy nawet polskim, bo i u nas ich nie brakowało) był czymś normalnym i codziennym, to dzisiaj widok Niemca kupującego chińskie podróbki jakości wątpliwej budzi ambiwalentne uczucia.

W szczególności widząc jak popyt rodzi podaż. Nie brakuje „bezcłowych” sklepów spożywczych posiadających terminale płatnicze niemieckich banków. Stacje benzynowe podają ceny zarówno w koronach jak i euro. Frontem do klienta pełną gębą.

Berzdorfer See

Ostatni punkt sobotniej rajzy to niesamowite jezioro Berzdorfer See. Jest on pozostałością po kopalni węgla brunatnego. Dziś kompleks wodny przyciąga amatorów surfingu, żeglarstwa, plażowania, ale i rowerzystów, którzy mogą objechać jezioro po niemal w całości asfaltowej ścieżce.

Ognisty blask zachodzącego słońca daje poczucie spełnienia i kolejnego udanego dnia. Krótka podróż po niemiecko-czeskim pograniczu utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto odkrywać wciąż coś nowego, w szczególności że to „nowe” jest tak blisko domu.

Szwajcaria Saksońska

Jak dojechać?

Teraz część informacji praktycznych. Podróż zaczynałem w Görlitz, kończyłem po drugiej stronie Nysy, w Zgorzelcu. Dojechałem z Wrocławia pociągiem Kolei Dolnośląskich i co ciekawe jest to możliwe na „polskim bilecie” dzięki umowom partnerskim.

KD’kami można dojechać aż do Schöny przy granicy niemiecko-czeskiej, ale tych kilkadziesiąt kilometrów więcej w pociągu kosztuje sporo. Obustronny dailypass to 127 zł za Was, 4 zł za rower po polskiej stronie i 15 euro po niemieckiej. Poza KD do Zgorzelca jeździ też Polregio, lecz tylko z Zielonej Góry. Po za tym jest droższe i nie łapie się w „Promocję Drezdeńską”.

Kto woli swój środek lokomocji bardzo łatwo i szybko dostanie się do Saksonii autostradą A4, która po niemieckiej stronie ma dokładnie ten sam numer.

P.S. Więcej zdjęć znajdziesz na Fejsie

Zobacz jeszcze to: