Podróże

Tam gdzie mnie nie ma

Są miejsca które lubię bardzo, są też takie w które wybieram się rzadziej, lub wręcz wcale. Po powrocie z zagranicznych wojaży postawiłem sobie za punkt honoru odwiedzenie regionów, które do tej pory omijałem szerokim łukiem.

Jednym z takich regionów są szeroko rozumiane okolice Kłodzka. Zawsze było mi tam nie po drodze. Na bezpośredni wyjazd z Wrocławia nieco za daleko, aby móc w pełni cieszyć się malowniczymi pagórkami, a jazda pociągiem była problematyczna ze względu na częste remonty torów i zastępczą komunikację, która – w przypadku Polregio – nie akceptowała jednośladów na swoim pokładzie.

W grudniu ubiegłego roku relację Wrocław – Międzylesie zaczęły obsługiwać Koleje Dolnośląskie i sytuacja znacząco się zmieniła. Jest komfortowo, tanio (bilet na rower to raptem 2 zł), a przede wszystkim w przypadku autobusów jeżdżących na zamkniętych odcinkach możecie bez problemu wstawić do środka rower. Samo połączenie jest też zdecydowanie luźniejsze, niż choćby szlak z Wrocławia do Szklarskiej Poręby, gdzie w weekendy nie rzadko zdarza się w składzie 20 jednośladów i więcej (mimo, że miejsc jest przeważnie maksymalnie 8).

Pamiętam czasy, gdy na okolicznych szosach można było sobie wybić jedynki, a zamiast na krajobrazy trzeba było patrzeć uważnie pod koła. W tych rejonach też straciłem jedyne (jak do tej pory) koło po zahaczeniu o jeden z wielu ówczesnych kraterów. Z roku na rok sytuacja zmienia się na lepsze i dzisiaj można już komfortowo podróżować/trenować bez specjalnej obawy o swój sprzęt.

Wracając z alpejskich wojaży postawiłem sobie za punkt honoru – nawet kosztem wyzwania, które również Wam proponowałem – aby odwiedzić te mniej mi znane miejsca. Narysowałem ślad i ruszyłem na eksplorację Gór Stołowych i Orlickich. Tworzenie tras w regionach, których nie znam niemal zawsze kończy się tak samo – nigdy nie jadę po nitce od początku do końca.

Podobnie było i tym razem. Rozpoczynam na stacji Kłodzko Główne obierając kierunek na Radłów i Góry Stołowe, które odwiedziłem ostatnio chyba będąc w gimnazjum, lub podstawówce. Wypadało więc nadrobić zaległości i dotrzeć tam w końcu na rowerze. Przed Radłowem odbijam jeszcze na chwilę do wyremontowanych Wambierzyc, które w żaden sposób nie przypominają miejscowości którą pamiętałem z szkolnych wycieczek.

Szosa Stu Zakrętów ukryta w lasach Parku Narodowego chroni mnie przed wiatrem i duchotą, która sobotniego poranka daje już o sobie znać. Po szybkim zjeździe przejeżdżam przez Kudowę i ruszam w kierunku czeskiej granicy. Plan był taki, żeby przejechać czeską część Gór Orlickich i dojechać mniej więcej do Międzylesia. Jak to zwykle bywa, wszystko posypało się tuż za Nachodem. Liczne znaki informujące o remoncie mostu i nieprzejezdnej głównej drodze zmusiły mnie do zjechania na boczną ścieżkę rowerową. Nie mając pojęcia dokąd prowadzi ruszyłem ku przygodzie, jednak zamiast wspinać się na kolejnym podjeździe zjechałem do Wąwozu, który zaprowadził mnie z powrotem do Nachodu.

Długo nie myśląc i modląc się o swoje zdrowie przekroczyłem w Kudowie Słone przez niegdyś jedno  z najpopularniejszych przejść granicznych i „Drogą Śmierci” DK 8 ruszyłem ku Kłodzku z nadzieją na jak najszybsze odbicie w prawo. Za Lewinem Kłodzkim ruszam znów w kierunku czeskiej granicy, ale niepokoi mnie mój komfort podjeżdżania na 6% hopce. Jedzie się ciężko, sprawdzam czy przypadkiem nie uszło z opon powietrze, ale tam wszystko OK. Domyślam się, że cierpienia spowodowane są niedawną radykalną zmianą diety.

Tak jest co roku, gdy schodzę z intensywności jeżdżenia, ale organizm domaga się wciąż tej samej ilości kalorii. W efekcie szybko moja twarz zaczyna wyglądać jak księżyc w pełni a wokół pasa rośnie koło ratunkowe. Czerwona lampka zapala się, gdy trzeba zmienić dziurkę w pasku od spodni. Owa „radykalna zmiana diety” polega wciąż na tym samym, czyli maksymalnej redukcji niepotrzebnych węglowodanów, co skutkuje szybszym „odcięciem” choć nie do końca – ponieważ na niższej intensywności jestem w stanie przejeżdżać jeszcze sporą ilość kilometrów. To, jak i panująca pogoda sprawia, że za Orlické Záhoří decyduje się na odwrót uważając że nie ma sensu się męczyć i przez Duszniki Zdrój wracam do Kłodzka, by móc wsiąść do klimatyzowanego EZT.

Dwa tygodnie później obieram kurs na północ. Szaro-bura sobota, która już o poranku zaskoczyła mnie intensywną ulewą spotęgowała ochotę na jakieś dłuższe kręcenie dzień później. Rzadko kiedy wyruszam na północ, ale tym razem zmotywowała mnie impreza na „Prababce” i odsłonięcie obelisku. To taka hopka o długości mniej więcej 150-200 metrów w pobliżu Trzebnicy z maksymalnym nachyleniem 14%, dzięki czemu otrzymała miano najmocniejszego podjazdu w okolicy. Na dobrą sprawę jak się tam dobrze rozpędzicie (wcześniej jest podobnej długości zjazd) to nawet tego podjazdu nie poczujecie.

Zdecydowałem więc że wybiorę się tam przy okazji objeżdżając Wrocław dookoła. Mokre nawierzchnie po nocnych ulewach i – a jakże! – zaduch znowu niespecjalnie dobrze wpływały na moją motywację. Jechało się ciężko i opornie, a za Brzegiem Dolnym dopadł mnie jeszcze deszcz. Początkowo lekka mżawka przerodziła się niemal w ulewę, która zmusiła mnie do zatrzymania się w Obornikach Śląskich. W zasadzie – nie mając żadnej dodatkowej warstwy odzieży, bo „przecież miało nie padać” byłem zdecydowany wsiąść do pociągu. Nie zwróciłem jednak uwagi, że czekam na skład z Wrocławia do Rawicza, a nie odwrotnie. Zanim zorientowałem się jak nieogarnięty jestem, zdążyłem spędzić godzinę na obornickim dworcu.

W tym czasie przestało padać i nawet wyszło słońce, więc podjąłem drugą próbę i ruszyłem w kierunku Prababki. Na szczycie było już po imprezie, a towarzystwo zdążyło rozjechać się do domów na obiad. Postanowiłem poeksplorować ścieżki, które zapamiętałem w przeszłości jako ohydne i paskudnie dziurawe. Dzisiaj po nich nie ma już śladu, a coraz więcej gładkich asfaltów zachęca do jazdy.

Wzmagający się wiatr co rusz kreował w głowie dziwne myśli, w szczególności gdy widziałem przystanek kolejowy, lub żółto-czerwony autobus. Na szczęście tą walkę z silną wolą wygrałem kończąc zgodnie z założonym planem objazd Wrocławia. Ów wietrzną pogodę okupiłem jakimś drobnym przeziębieniem, co nie zdarza mi się często – czas więc już chyba na coroczną kurację z pyłku pszczelego. Polecam każdemu.

P.S. Pomiędzy tymi dwoma wyprawami były jeszcze Góry Sowie z rekordem osobistym na Przełęczy Jugowskiej i kibicowaniem na Górskich Mistrzostwach Polski.

Zobacz jeszcze to: