Podróże

Tour de Dreams – czyli jak wygrałem z marzeniami

Do szczytu przełęczy pozostał kilometr, doskonale już wiesz że za chwilę marzenie, którego zapragnąłeś gdy tylko prawdziwie usiadłeś na rowerze się spełni. Czy sześć lat temu byłbyś w stanie uwierzyć, że przejedziesz Alpy na dwóch kółkach? Z oczu mimowolnie płyną Ci łzy, wzruszenie oznacza szczęście i niesamowitą radość jaką w tej chwili czujesz.

Marzenia. Zastanawiałeś się kiedyś czym tak naprawdę są? Czy jest to nowy telewizor, samochód, wczasy w ciepłych krajach? W życiu dążysz do tego aby mieć, bo inni też mają. Starasz się do nich upodobnić, boisz się opinii na swój temat, nie chcesz być kimś gorszym. Nie zastanawiasz się czy tak naprawdę jest to Tobie do czegokolwiek potrzebne, po prostu dążysz do tego żeby to mieć. Rywalizujesz z wszystkimi i o wszystko, wpadasz w dziwny wyścig, z którego ciężko się odłączyć, a masz świadomość że tak naprawdę w Twoim życiu ta gonitwa jest zbędna.

Nie jestem psychologiem, chociaż w przeszłości mogłem spróbować swoich sił w tym kierunku. Życie potoczyło się inaczej i przez 40 godzin w tygodniu czas spędzam przed ekranem komputera przełączając aktywne okna Excel’a, EPM’u i Project’a. Po pracy siadam na siodło i jadę przed siebie. Rower daje mi wolność, radość i olbrzymią satysfakcję. Pozwala oderwać się od tego, co Ty próbujesz nazwać „real life”. Oglądając świat z perspektywy kierownicy dostaję energii, którą staram się pożytkować później na każdej jego płaszczyźnie.

Muszę szczerze przyznać, że w ostatnich latach stałem się „ludziofobem”. Nie rozumiem wielu urojonych w mojej ocenie pragnień i bezcelowych dążeń do czegoś co inni nazywają „szczęściem”. Moje jeżdżenie, moje podróże i kolejne wyzwania to próba odcięcia się od tego wszystkiego. Jestem jak pustelnik, który kocha być tylko ze swoimi myślami, kompletnie nie zawracając sobie głowy tym, co myślą o mnie inni. Czuję się spełniony, bo wiem że to co robię jest w pełni zgodne z moją definicją szczęścia. Rywalizuję sam ze sobą i z pragnieniami, które są intensyfikowane wraz z wzrostem możliwości ich realizacji.

Powrót do przeszłości

Aby moja opowieść była pełna muszę cofnąć się co najmniej sześć lat wstecz. Byłem wówczas normalnym chłopakiem posiadającym swoje cele, wydawało mi się że doskonale wiem czego chcę od życia i potrafię czerpać z niego pełnymi garściami. Tylko jedna rzecz odróżniała mnie od innych, sprawiając że w tłumie zwyczajnych ludzi nie mogłem przejść niezauważony. Byłem grubasem ale zarówno wtedy jak i teraz wcale się tego nie wstydzę. Moja waga nie przeszkadzała mi w niczym, nie miałem z jej powodu specjalnie wielkich kompleksów i psychologicznych barier. Nie miałem zamiaru chudnąć, akceptowałem siebie takim jakim byłem.

To, co się wydarzyło określam jako punkt zwrotny, najważniejszy kamień milowy w swoim życiu, który dzisiaj każdorazowo każe mi wierzyć, że jeśli czegoś naprawdę chcę to bez względu na przeciwności potrafię tego dokonać.

Nie wiem jak potoczyłoby się moje życie gdybym pewnej listopadowej soboty nie odwiedził jednej z galerii handlowych. Nie lubiłem chodzić w takie miejsca, irytowało mnie że nie mogę tam niczego dla siebie kupić, była to dla mnie strata czasu. Tego dnia nawet nie pamiętam dlaczego dałem się tam zaciągnąć. Snując się bez celu po kolejnych alejkach zmusiłem się w końcu aby wejść do sklepu którejś sieciówki. Zachęcony przez siostrę przymierzyłem kurtkę. Nie ukrywam, podobała mi się i byłem zaskoczony, że w ogóle jestem w stanie ją założyć, choć z zapięciem się miałem już problem.

Wiele swoich decyzji podejmuję pod wpływem chwili. Nie mam w zwyczaju analizować „co by było gdyby”, tym razem postąpiłem podobnie. Zbliżały się moje 23. urodziny, postanowiłem więc że sprawię sobie prezent. Kupiłem kurtkę nie mając jeszcze świadomości tego co wydarzy się w kilku najbliższych miesiącach. Wiedziałem, że chcę zrzucić „tylko trochę” kilogramów, tak aby móc się czuć komfortowo w nowym elemencie garderoby.

Zmiana

Kompletnie nie wiedziałem jak zabrać się za to całe „odchudzanie”. Nigdy wcześniej nie zaprzątałem sobie takimi rzeczami głowy, zacząłem katować swój organizm głodówką i długimi marszami po uśpionym nieobecnością wielu emigrujących zarobkowo mieszkańców Prudniku. W Wigilię Bożego Narodzenia pierwszy raz stanąłem na wadze. 142 kilogramy jakie wówczas zobaczyłem przeraziły mnie, zdałem sobie sprawę, że przez wiele lat przeginałem zupełnie o siebie nie dbając. Wiedziałem też, że zrzucanie kilogramów za pomocą jedynie spacerów wcale łatwe nie będzie.

Otworzyłem serwis aukcyjny i wstukałem hasło „rower treningowy”. Nie miałem sporego budżetu, wszak wciąż byłem studentem, choć już co nieco zarabiałem. Gdzieś na trzeciej stronie kolejnych ofert zauważyłem sprzęt, który wydawał się być idealny – kosztował niewiele i według deklaracji producenta miał wytrzymać wagę użytkownika do 140 kilogramów. I tak się wszystko zaczęło. Po pierwszym miesiącu waga wskazała 128 kilogramów, a w Sobotę Wielkanocną zobaczyłem upragnioną dwucyfrową wartość – 99. Wydawało mi się, że więcej już nie potrzebuję.

Przyszedł maj, wyciągnąłem z garażu rower z prawdziwymi kołami uznając że teraz wypada kręcić tylko na nim. Panicznie bałem się powrotu kilogramów, więc jeździłem regularnie po okolicznych miejscowościach. Równolegle w tym czasie zobaczyłem w wiadomościach sportowych jakieś urywki z Giro d’Italia w którym błyszczał Rafał Majka. Informacją dnia była zmiana trasy włoskiego wyścigu, kolarze mieli wspinać się na Przełęcz Stelvio, ale śnieg i mróz na szczycie zmusiły organizatorów do modyfikacji planów. Słuchając o jej wielkiej sile, która nawet zawodowych kolarzy zmusza do kapitulacji zapragnąłem tam się kiedyś znaleźć. O kolarstwie nie miałem wówczas specjalnego pojęcia, a moje nogi znały wówczas jedynie smak podjeżdżania na Petrovy Boudy pod Kopą Biskupią.

Tak się zaczęło

Niedługo później na swoim czerwonym rumaku firmowanym nazwiskiem legendarnego włoskiego kolarza Fausto Coppi pokonałem pierwszy raz 100 kilometrów. Ten dystans wydawał się dla mnie wręcz niedostępny dla przeciętnego śmiertelnika. Następnie przyszedł czas na Pradziada. Najbliższy szczyt pobliskich Jeseników budził we mnie spore obawy, nigdy wcześniej nawet nie udało mi się osiągnąć szczytu wchodząc „klasycznym szlakiem”, a jedynie spacerując asfaltową drogą z Ovcarni. Gdy podjechałem do góry, wiedziałem wówczas że pokonywanie kolejnych kilometrów na rowerze stanie się sensem mojego życia.

Przyszedł czas na pierwszą szosówkę, a wraz z nim pokonywanie kolejnych dystansów i kolejnych podjazdów. Wewnętrznie wciąż marzyłem o Alpach i niedostępnej Passo dello Stelvio. Kolejne lata mojego kolarskiego dojrzewania przybliżały mnie do podjęcia decyzji, do odważenia się, aby te pragnienia w końcu zrealizować. Nie wiedziałem jednak, że dokonam tego w taki sposób, jaki to zrobiłem.

Wyjazdu w Alpy nie planowałem od miesięcy. Pomysł na spędzenie tegorocznych wakacji – zresztą jak wiele innych – zrodził się spontanicznie i był dość dynamicznie modyfikowany. Wiedziałem jedynie, że chcę połączyć jedną nicią dwa punkty. Wspomniane już kilkukrotnie Stelvio i Mont Blanc, który dla wielu osób staje się możliwością przekroczenia kolejnych barier. Nie chodziło mi rzecz jasna o zdobywanie „dachu Europy”, ale o zobaczenie i symboliczne bycie u jego podnóża. Tak jak dla Kordiana Juliusza Słowackiego, miał on stać się dla mnie zwieńczeniem pewnego etapu wędrówki, jakim jest życie.

Uznałem, że najlepszym i najbardziej odpowiednim miejscem do rozpoczęcia mojego „Wyścigu za marzeniami – Tour de Dreams” będzie Innsbruck. Serce Tyrolu wzbudzało we mnie mocniejsze bicie serca rokrocznie przy każdej styczniowej relacji z Turnieju Czterech Skoczni. Przebitki ukazujące piękno otaczających skocznię i miasto gór tylko potęgowało żądzę aby się tam kiedyś znaleźć.

XIAOYI

Tour de Dreams, etap I: Innsbruck – Mieders (19,8 km)

[+ Prolog: Międzylesie – Česká Třebová (56,2 km)]

Dlatego też po opuszczeniu dworca kolejowego udaję się pod górującą nad miastem skocznię Bergisel. Ogniście pomarańczowe słońce maluje niesamowicie epickie krajobrazy każąc mi zatrzymać się tutaj choć na chwilę, a z drugiej strony podpowiada, że noc jest już blisko, a ja mam jeszcze przed sobą 15 kilometrów pod górę, z których niektóre fragmenty mogą dać w kość, w szczególności że rano zaliczyłem już kilkadziesiąt kilometrów „prologu” z kilkoma ściankami w Górach Orlickich. Nie należą one wcale do najłatwiejszych, będąc idealnym miejscem treningowym dla wielu zawodowych kolarzy. Dla mnie były jedyną – choć momentami poważną – przeszkodą w kierunku wymarzonych Alp.

U mojej gospodyni, Edith, melduję się na noclegu wraz z zapalanymi latarniami ulicznymi. W głębi widzę jedynie zarysy przykrytego chmurami lodowca Gletscher, który jest zwieńczeniem doliny Stubai na której początku, w Mieders się znajduję.

XIAOYI

Tour de Dreams, etap II: Mieders – Laas (149,1 km)

To była krótka noc. Nie potrzebowałem wiele snu, byłem pobudzony buzującymi we mnie endorfinami, jakie wytworzył organizm po pierwszej styczności z Alpami. Jeszcze przed 6:00 rano zakładam torby na rower, jem uczciwe austriackie śniadanie i ruszam na kilkudniowy flirt z najpotężniejszymi górami Europy.

Poranek przywitał mnie niezliczonymi tuzinami aut z pędzącymi na złamanie karku pracownikami spieszącymi do pracy. Biznesmeni, dyrektorzy, urzędnicy i fryzjerzy. Wszyscy widzieli na drodze tylko siebie, a ja zdałem sobie sprawę po kilku kilometrach, że czeka mnie wcale niespecjalnie przyjemna część podróży. Zwiększam koncentrację i czujność, bo odległość z jaką mijają mnie kolejne pojazdy z pewnością nie należy do najbezpieczniejszych.

Jadę w kierunku słonecznej Italii i granicznej przełęczy Brenner, której najważniejszą i zupełnie mnie nie interesującą atrakcją jest galeria handlowa firmowana jako najtańsza w Alpach. Zjeżdżając  w dół dostrzegam uroczą ścieżkę rowerową z której postanawiam skorzystać. Po kilku kilometrach, gdy oddalam się coraz bardziej od głównej drogi tracąc ją z pola widzenia, orientuję się że jadę w przeciwnym kierunku niż zamierzałem.

Kolejnym moim checkpointem był pierwszy dwutysięcznik tej wyprawy – Jaufenpass, czy jak kto woli Passo Giovo. Za miejscowością Sterzing rozpoczynam pierwsze prawdziwe wspinanie podczas swojej odysei. Początek nie sprawia wrażenie trudnego i wymagającego. Nachylenie waha się w okolicach maksymalnie 7-8%, co podjeżdżam na 25. zębach z tyłu mając jeszcze dwie koronki zapasu.

Zaczynam też słyszeć niepokojący dźwięk wydobywający się z tylnego koła, a konkretniej z krzyżujących się szprych, który uwydatnia się przy mocniejszym depnięciu na pedały. Ponieważ jestem rowerowym pedantem, nie potrafię znieść dziwnych dźwięków dochodzących z mojej maszyny. Robię szybki pit-stop, smaruję olejem miejsca styku szprych, licząc że problem leży właśnie tutaj. Po kolejnych setkach metrów w górę mogę z radością stwierdzić, że ową techniczną zagwozdkę udało się łatwo rozwiązać.

 

Kłopotem teraz staje się sam podjazd, na którym stromizna wprawdzie utrzymuje się na równym poziomie, ale daje o sobie znać jego długość. Na szczęście po wyjeździe z lasu energii dodają mi wspaniałe alpejskie pejzaże, a kolejne minuty pod górę mijają bardzo szybko. Na szczycie ze względu na silny i zimny wiatr nie przebywam zbyt długo, rozpoczynając zjazd w kierunku Merano. Miejscowości leżące na mojej trasie, podobnie jak otaczające je góry urzekają swoim urokiem. Każde kolejne miejsce ma swój niepowtarzalny klimat, którego nie da się z niczym porównać. Na stromych zboczach mijanych dolin rosną miliony jabłoni z których dobrodziejstw nie sposób nie skorzystać. Dostarczam w ten sposób sobie energii, która ulatnia się szybko wraz z wzrastającą temperaturą.

Zamiast ruchliwej drogi SS38 popularnie określanej jako „via Stelvio” wybieram ścieżkę rowerową nad rzeką, która pozwala nieco oszukać fakt, że temperatura powietrza wynosi 42 stopnie Celcjusza. Z kolejnymi kilometrami trasa zaczyna być coraz bardziej pofaudowana, a idealnie gładki asfalt zamienia się w szlak dla graveli. Oznacza to, że właśnie przekroczyłem granicę Parku Narodowego Stelvio, będącego według autorów książkowych przewodników najpiękniejszym w całych Włoszech. Przygotowałem się na takie atrakcje montując przed wyjazdem opony o szerokości 28 mm – dzięki mniejszemu ciśnieniu zyskałem większy komfort i większą pewność na przejechanie takich odcinków bez dodatkowych przygód.

Problemem nie okazuje się szuter, ale hopki z dwucyfrowymi wartościami nachylenia, na których koła pod wpływem obciążenia niesamowicie się boksują. Na szczęście panuję nad tym, choć czuję, że wyczerpują się moje dzisiejsze pokłady sił. Wjeżdżając do najbliższej miejscowości, Laas, rozpoczynam poszukiwanie noclegu. Nie trwa to długo, ponieważ już w pierwszym pensjonacie, znajduję wolny pokój i mogę relaksować się przed najważniejszym dniem mojego „wyścigu”.

Tour de Dreams, etap III: Laas – Chiuro (132,0 km)

Laas od wyczekiwanego przeze mnie od lat Stelvio dzieli raptem 35 kilometrów. W normalnych warunkach, po płaskim terenie to raptem niewiele ponad godzina jazdy. Tutaj zdaję sobie doskonale sprawę, że podjazd zajmie mi o wiele więcej czasu. Wyruszam grubo przed wschodem słońca mając w głowie tylko jedną myśl – znaleźć gdzieś gorącą kawę, która mogłaby mnie odpowiednio pobudzić. Niestety, pobliskie stacje benzynowe są bezobsługowe, nie znajduję też żadnego automatu. Nieco zrezygnowany, ale i zmotywowany tym co mnie wkrótce czeka decyduję się rozpocząć podjazd bez łyku czarnego napoju życia o poranku. Liczę, że Stelvio rozbudzi mnie wystarczająco.

Przez tych kilka ostatnich lat nie jestem w stanie zliczyć ilości tekstów, relacji na blogach, typowych przewodników, czy filmów które przeczytałem i obejrzałem. Mam wrażenie, że nie może mnie nic zaskoczyć, wiem przecież co znajduje się za kolejnym pokonywanym zakrętem. Początek – zgodnie z oczekiwaniami – nie sprawia większych problemów, choć pojawiają się pierwsze fragmenty z dwucyfrowym gradientem.

Tak naprawdę prawdziwa część wspinaczki rozpoczyna się w miejscowości Trafoi, za którą zaczynam odliczanie 48 kolejnych zakrętów prowadzących na szczyt przełęczy. Mimo, że do końca wciąż jeszcze daleko już teraz czuję spełnienie potęgowane otaczającą scenerią. Co chwilę sięgam do tylnej kieszonki po aparat, aby nie ominąć niczego, co jest warte zapamiętania. Podobnie jak dzień wcześniej, opuszczając las moim oczom ukazują się nieprawdopodobne widoki wyzwalające „motyle w brzuchu”. Jednocześnie, widząc cel na horyzoncie zdaję sobie sprawę, że to wciąż bardzo daleko.

Kolejne serpentyny, mimo że pokonywane w mozolnym tempie upływają dość szybko, przynajmniej mam takie subiektywne poczucie mijającego czasu. Widząc namalowaną na asfalcie cyfrę „1 km” będącą śladem jednego z prowadzących tędy Gran Fondo z moich oczu zaczynają płynąć mimowolnie łzy. Właśnie w tym momencie spełnia się moje marzenie towarzyszące mi od momentu, gdy prawdziwie zapałałem miłością do roweru. Jadąc do góry nie mija mnie nikt, na szczyt wjeżdżam pierwszy tego dnia, co potwierdza Pani sprzedająca pamiątki. Czuję się zwycięzcą tak jak ten Fausto Coppi, czy Eddy Merkx, którego słowa czytam codziennie po przebudzeniu w swojej sypialni.

XIAOYI

Przed 9:00 na górze jest na tyle ciepło, że nawet nie myślę o założeniu wiatrówki. Zaczynam zjazd w dół, nie mogąc odmówić sobie odbicia na chwilę w prawo i zaliczenia przełęczy Umbrail. Zjazd przebiega dość wolno, wciąż zatrzymuję się by uchwycić otaczające mnie krajobrazy, a moje usta raz po raz wypowiadają słowa „ale tutaj jest pięknie”. Jadąc w dół nie mogę powstrzymać się, by nie zboczyć z szlaku i odwiedzić kolejne magiczne miasteczka.

Widząc w Mazzo di Valtellina drogowskaz prowadzący na piekielne Mortirolo, o którym Lance Armstrong mówił kiedyś, jako o najgorszej rzeczy jaka go w życiu spotkała postanawiam podjąć wyzwanie i ruszam w górę. Zachęcający początek szybko przeistacza się w rzeź potęgowaną ponad 35-stopniowym upałem. Owa katorga ciągnie się podobno niemal do końca podjazdu – podobno, bo ja dotarłem do zaledwie czwartego kilometra, stwierdzając że podjeżdżanie na 14-kilogramowym rowerze może nie jest niemożliwe, ale arcytrudne i kosztujące mnie zbyt wiele sił, a kolejnego dnia trzeba wstać i jechać dalej. Decyduję się na odwrót i obieram kurs na Tirano, gdzie zamierzam zadecydować co dalej.

Silny wiatr wiejący w twarz i rozgrzewające do czerwoności słońce podpowiadają, że rozsądnie byłoby na dzisiaj już skończyć. Spoglądając na turystów wsiadających do Bernina Express ruszających w niesamowitą podróż szlakiem światowego dziedzictwa UNESCO przeglądam kolejne porównywarki noclegów w poszukiwaniu czegoś mnie satysfakcjonującego. Znajduję miejsce w oddalonej o kilkanaście kilometrów miejscowości Chiuro, nie mając świadomości, że czeka mnie w tym skwarze jeszcze kilkukilometrowy podjazd. W nagrodę dostaję pokój z widokiem na niesamowite alpejskie szczyty wynagradzającym wcześniejsze cierpienia. Wieczorem relaksuję się na balkonie, podziwiając ów krajobraz, upijając się włoskim winem i słuchając radosnych Włochów celebrujących udany dzień w restauracji poniżej.

XIAOYI

Tour de Dreams, etap IV: Chiuro – Lugano (110,7 km)

[+ Szukanie noclegu w Airolo (8,60 km)]

Czwarty dzień mojego „wyścigu” zakładałem od początku jako luźniejszy. Jeżdżenie po alpejskich przełęczach z sporym – mimo wszystko – obciążeniem na dostępnych maksymalnych przełożeniach 36/32 eksploatuje mocno mój organizm. Potrzebowałem odpoczynku, jednocześnie przesuwając się dalej. Droga z Chiuro na południe Włoch prowadzi niemal ciągle w dół. Początkowo droga SS38 nie sprawia większych problemów, ruch jest umiarkowany, a sama jazda dość komfortowa. Zbaczam na chwilę do Sondrio, które o poranku wygląda na mocno zaspane. Ludzie niespiesznie podążają do swoich biur, gdzie w klimatyzowanych pomieszczeniach spędzą kolejnych osiem godzin, ratując się przynajmniej przed tym z czym musieliby walczyć, przebywając na zewnątrz.

XIAOYI
XIAOYI

Zupełnie inaczej zaczyna wyglądać droga nr 38. Po wyjeździe z miasta ruch w kierunku Mediolanu znacząco wzrasta powodując moje obawy o zdrowie i życie przy każdym mijanym mnie pojeździe. Jest zdecydowanie gorzej niż w Austrii, przez co decyduję zjechać z trasy i poszukać alternatywnej ścieżki. Na mapie widzę wyglądającą zachęcająco prostą linię wzdłuż wałów, decyduję się tam odbić i otrzymuję cichą i równą drogę rowerową, którą podążam kolejnych kilkanaście kilometrów, mogąc zachwycać się rozpościerającymi się wokół górami. Za Delabio niestety jestem zmuszony wrócić na tłoczne włoskie ulice, ponieważ do szwajcarskiego Lugano – gdzie zmierzam, prowadzi tylko jeden nadmorski, bardzo ruchliwy trakt.

Tutejsze miasteczka czarują jeszcze bardziej niż te oglądane przez dwa wcześniejsze dni. Również Jezioro Como otoczone z każdej strony górami dostarcza niesamowitych wrażeń. Jest na tyle pięknie, że zaaferowany tracę ślad jadąc wciąż wzdłuż brzegu, choć od pewnego czasu powinienem wspinać się już do góry. Dopiero po pewnym czasie orientuję się, że coś jest nie tak i muszę zawrócić. Po drodze korzystam z okazji i napełniam bidony w lokalnym wodociągu.

XIAOYI

Przejazd do Szwajcarii męczy mnie ze względu na wiele mniejszych i większych podjazdów, ale i również albo i bardziej ze względu na panujący na drodze tłok. Główna droga zaczyna prowadzić przez kolejne tunele do których rowerzyści nie mają wstępu – na całe szczęście, bo jazda przybrzeżnymi ścieżkami jest zdecydowanie bardziej atrakcyjna.

Przekraczając granicę kolejnego państwa nie mam jeszcze świadomości tego co mnie spotka później. W Szwajcarii od samego początku czuje się różnicę poziomu gospodarczego. Lugano jest pełne przepychu, a zamiast włoskich, klimatycznych miasteczek, przypomina raczej obrazki z Lazurowego Wybrzeża. Docieram do dworca kolejowego, gdzie kończę dzisiejszy „etap”, ale wcale nie kończę jeszcze dnia. Atrakcje o których nie mam pojęcia, dopiero się rozpoczną.

Już w pociągu wiozącym mnie do Airolo było coś nie tak ponieważ niesamowicie długi skład wiózł raptem kilka osób, podejrzany był również brak „ticket officer’a” na pokładzie. Godzina spędzona głównie w tunelach, które Szwajcarzy wręcz uwielbiają upływa bardzo szybko. Na północnym skraju kantonu Ticino wita mnie rychło nadchodząca burza, każąca szybko zabierać się za poszukiwanie noclegu. Jak się szybko okazuje, wcale to takie łatwe nie będzie. Zaczynam od prywatnych kwater, dzwonię i pukam, raz, drugi, trzeci, nikt nie otwiera. Przy czwartym lokalu dostrzegam kartkę, że dzisiaj noclegownia jest zamknięta. Wracam w okolice dworca by zastanowić się co dalej.

XIAOYI

Przy jednej z knajpek wyraźnie słyszę ojczysty język, nie waham się więc zagadać. Ania i Marek przebywają na kempingu kilkanaście kilometrów w dół od Airolo i od nich dowiaduję się, że właśnie 1 sierpnia wypada najważniejsze święto narodowe Szwajcarii. Jego celebrowanie odbywa się z wielką pompą, a otwarte są tylko restauracje, kioski i stacje benzynowe. Jestem głodny, a jedyne co mam do wyboru to pizza margherita, i spaghetti carbonara za równowartość polskiego Władysława II Jagiełły, lub czekolada z automatu vendingowego kalorycznie porównywalna z daniami wymienionymi powyżej a kosztuje nieco więcej niż Mieszko I. Uznaję, że będzie ona lepszym wyborem.

Wciąż myślę o noclegu. Burza póki co tylko straszy, więc robię kolejną rundkę po wsi, wierząc że wcześniej coś ominąłem. Wprawdzie wiozę ze sobą namiot z folii NRC, ale nie uśmiecha mi się go rozkładać na wysokości ponad 1000 m n.p.m. i przy temperaturze poniżej 10 stopni Celcjusza. Zresztą służy on zdecydowanie bardziej celom ratunkowym niż wypoczynkowym. Sprawdzam raz jeszcze porównywarki hoteli wierząc, że może jednak znajdę coś kosztującego w granicach zdrowego rozsądku. Jeden z obiektów dodał przed chwilą ofertę last minute, która i tak przekraczała koszt trzech wcześniejszych noclegów. Przełykam to i akceptuję, nie mając w zasadzie innego wyboru. Na wejście do pokoju muszę jednak czekać, bo Szwajcarzy mają dziwny zwyczaj meldowania do 12:00 i od 17:00.

Zaczyna padać deszcz, a w górach błyskać pioruny, schronienie znajduję w namiocie szykowanym – jak się słusznie domyślam – na wieczorne obchody narodowego święta. W końcu udaje mi się wejść do pokoju i po orzeźwiającej kąpieli i przepierce spoconych ubrań liczę na długą i spokojną noc. Około 20:00 Szwajcarzy wychodzą ze swych domostw by świętować. Wielu z nich jest ubranych w narodowe barwy, orkiestra prowadzi pochód przez miasto, a po przemówieniach lokalnych oficjeli rozpoczyna się zabawa… tuż pod oknami mojego pokoju. Musiałem być wyraźnie zmęczony, ponieważ szybko zasnąłem, a radośni Szwajcarzy nie przeszkodzili mi w odpoczynku.

Tour de Dreams, etap V: Airolo – Sion (153,4 km)

Po raz pierwszy tej podróży rano budzi mnie dźwięk budzika w telefonie. Zdecydowanie przyjaźniejsze warunki klimatyczne, niż przez dwa wcześniejsze dni pozwalają na pełną regenerację. Powtarzam codzienne czynności i o wiele wcześniej niż przewiduje hotelowa restauracja schodzę na śniadanie mając nadzieję na dostęp do czegoś pożywnego i możliwość wcześniejszego ruszenia na trasę. Na szczęście oprócz kawy są jogurty i muesli, w międzyczasie ktoś przywozi świeże croissanty. Napełniam się energetycznie, w znajdującym się tuż obok źródełku nabieram wody i do bidonów i jadę.

XIAOYI

Moim celem jest Przełęcz Świętego Gotarda. Leży ona na głównym szlaku handlowym Europy, ale w przeszłości była niedostępna ze względu na swoje ukształtowanie. Rzymianie musieli nadkładać sporą część drogi, by móc się przedostać dalej na północ. Po raz pierwszy swoim powozem trasę doliną Valle Tremola udało się pokonać Charless’owi Greville’owi w 1775 roku, który opłacił tragarzy, aby przenieśli go z załadunkiem na swoich ramionach. W 1830 roku wąską krętą ścieżkę wybrukowano, a jej pozostałości są dostępne do dzisiaj.

W XXI wieku pełni już tylko funkcję turystyczną, ponieważ równolegle poprowadzona jest druga droga prowadząca na szczyt przełęczy zaś pod wydrążono dwa tunele – autostradowy o długości blisko 17 kilometrów i niedawno wybudowano kolejowy o długości 57 kilometrów, który jest najdłuższym takim obiektem na świecie.

Wybieram legendarną Tremolę, której bruk – w większości nieoszlifowany – tylko utrudnia wspinaczkę. Po drodze dogania mnie Walter mieszkający w Bedretto, tuż przed Airolo, który w dni dla siebie wolne od pracy robi pętlę wokół domu zaliczając trzy przełęcze usytuowane na wysokości ponad 2000 m n.p.m. Rozmawiamy trochę – po angielsku który jest jedyną możliwością komunikacji dla mnie. W Szwajcarii jest to możliwe, w przeciwieństwie do Włoch, gdzie trzeba było porozumiewać się raczej za pomocą gestów.

XIAOYI

Nawet nie wiem kiedy dojeżdżamy do szczytu przełęczy, a moje usta otwierają się z wrażenia. To co w tej chwili właśnie mogę doświadczyć jak najpiękniejszym odczuciem jaki mnie spotyka w życiu, nie wiedząc jeszcze że tego dnia się to jeszcze zmieni. Nie dziwi mnie wcale obecność kilkudziesięciu kamperów usytuowanych wokół jeziora. Tego dnia jest dość zimno, o poranku było zaledwie 8 stopni Celcjusza, a uczucie chłodu potęgował wiatr. Mimo szczerej chęci bycia tutaj dłużej zakładam kurtkę i rozpoczynam zjazd w dół.

Droga potrafi pobudzić wyobraźnię, jest szeroka i świetnie wyprofilowana. Osiągam 70 km/h, choć bez bagażu zapewne by to była wartość trzycyfrowa. W Hospendal na rondzie odbijam w lewo, zatrzymuję się na parkingu, ściągam kurtkę i kątem oka dostrzegam tablicę rejestracyjną DW…. Rozglądam się wokół próbując dostrzec kogoś mówiącego po polsku. „Swoich” jednak nie widzę, dlatego ruszam w górę.

Furkapass to przełęcz łącząca kantony Uri i Valais, znana najbardziej z serii filmów o Jamesie Bondzie. Otaczające góry tworzą nieprawdopodobne pejzaże nie bez przyczyny będąc określane w przewodnikach jako najpiękniejsze miejsca w Alpach. Gdzieś w połowie podjazdu mija mnie ubrany w koszulkę Katushy Salvatore.

Gdy dojeżdżam do szczytu czeka tam na mnie z jednym nurtującym go pytaniem: „Where are you going on this Rose Bike?” Okazuje się, że sam posiada maszynę tej marki, a spotkanie dwóch osób jeżdżących na tych rowerach – i to w takim miejscu – to wyjątkowe wydarzenie. Zdecydowanie częściej można tutaj spotkać Look’i, Bianchi, czy inne Pinarello. Wymieniamy kilkanaście zdań, robimy wzajemnie fotki, po czym żegnamy się bo Salvatore zjeżdża z powrotem w dół do Andermatt.

Ja jadę w przeciwnym kierunku zatrzymując się jeszcze około trzy kilometry od szczytu przełęczy przy znanym z wielu alpejskich zdjęć pewnego polskiego blogera hotelu Belvedere. Nie mogę się oprzeć, by uwiecznić to miejsce, zresztą uwieczniam wszystko, co do tej pory oglądałem u Szymona. Dzisiaj – tak jak radził – w końcu odważyłem się rzucić wszystko – choć tylko na chwilę – i mogę cieszyć się wspaniałymi widokami znanymi dotychczas tylko z otchłani internetu.

Już na dole w malutkim sklepie rowerowym pompuję opony, które przez kilka ostatnich dni nieco oberwały na różnych nierównościach. Pani obsługująca sklep proponuje mi jeszcze darmowe SPA roweru, z którego nie omieszkam skorzystać. W kilka minut maszyna lśni blaskiem do którego jestem przyzwyczajony.

Dalsza droga to walka z naturą. Znowu wzmaga się wiatr, który w tej części Europy upodobał sobie kierunek na wschód, powodując u mnie tętno wyższe niż podczas podjeżdżania, a rosnąca w drastycznym tempie temperatura i mówiąc po kolarsku „full lampa” odbierają zdecydowanie za szybko pokłady energii. Zatrzymuję się w przydrożnym sklepie i mam dylemat – kupić jedną bułkę, czy dwa piwa które kosztują tyle samo. Piwo musi zaczekać na później, ładuję w siebie węglowodany proste, chowając do kieszonek jeszcze batoniki owsiane z myślą o kolejnych kilometrach na trasie. Chcę dojechać do Sion, lub w najbliższe okolice, ponieważ stamtąd miałbym już naprawdę blisko do realizacji kolejnego marzenia, które zamierzałem spełnić dnia kolejnego.

XIAOYI

Oprócz samochodów, których po drodze mijają mnie setki, jak nie tysiące po obu stronach doliny towarzyszą mi ogromne uprawy winogron. Całe zbocze porośnięte są dojrzewającymi w blasku słońca krzewami owoców, które niebawem będziemy kupować w polskich sklepach. Mam ochotę zatrzymać się gdzieś w ustronnym miejscu i delektować tym bogactwem, a z drugiej strony chcę być już w Sion, bo pogoda zaczyna ze mną wygrywać. Tym razem idę na łatwiznę i kieruję się prosto do hostelu, nie próbując nawet szukać kwater prywatnych. Te i tak ulokowane są na otaczających miasto zboczach, a ja na wspinaczkę zwyczajnie przy 38 stopniach Celcjusza ochoty już nie mam.

Recepcja – podobnie jak w Airolo – jest czynna dopiero od 17:00 i muszę znaleźć miejsce, gdzie mógłbym schronić się od intensywnych promieni słonecznych. W pobliżu dostrzegam market i mając nadzieję na klimatyzację wchodzę z rowerem do środka. Po przekroczeniu progu zauważa mnie ochroniarz, który bynajmniej nie wyrzuca ze sklepu, a wskazuje miejsce gdzie mogę postawić swoją maszynę dodając przy tym: „Don’t worry, you go shopping, I take care”. Mogę więc spokojnie poszukać czegoś wartościowego a zarazem rozsądnie taniego nie nadwyrężając nadto i tak nadszarpniętego dzień wcześniej budżetu.

Po zrobionych zakupach siadam na ławce tuż przy windzie, a mój bufet który rozkładam wzbudza nie małe zainteresowanie. Doczekuję do upragnionej godziny 17:00 i ruszam do hostelu gdzie wita mnie radosna Sher. Odbieram klucze i kartę wejściową udając się do pokoju który będę współdzielił tej nocy z dwoma osobami. Josh przyjechał do Szwajcarii z Anglii wraz z swoim rowerem, ale oprócz jazdy lubi też chodzić po górach. Właśnie rusza w miasto, też mam taki zamiar, ale dopiero gdy temperatura spadnie do rozsądnego poziomu. Drugiego kolegę mam okazję tylko mijać w drzwiach – przed 5:00 rano gdy ja wychodziłem, on dopiero wracał z nocnych przygód.

Sion, podobnie jak Lugano nie przypada mi do gustu, a nowoczesne i pełne bogactwa budynki nijak się mają do górujących nad miasteczkiem zamków. Jedyne na co zwracam uwagę, to że Szwajcarzy w ogóle nie obnoszą się ze swoją majętnością. Wieczory celebrują delektując się fondue, którego zapach od zawsze wzbudza we mnie dziwne reakcje organizmu, dlatego czym prędzej uciekam z powrotem do hostelu mając nadzieję na szybkie zaśnięcie.

Nie wiem jeszcze, że będzie to najgorsza noc podczas całego wyjazdu. Wysoka wilgotność powietrza, panujący w pokoju zaduch i bliskość stacji kolejowej sprawiają, że wszelkie próby głębszego odpoczynku kończą się niepowodzeniem. Przewracam się z boku na bok licząc na choć krótką drzemkę. Udaje mi się to grubo po pierwszej w nocy, ale już po czwartej budzi mnie potężny skład towarowy zmieniający tor jazdy. Uznaję, że nie warto się dalej męczyć, ubieram się, zabieram swoje bambetle i schodzę na dół do jadalni po rower. Śniadanie zamierzam zjeść gdzieś po drodze, ale na szczęście zjawia się Pan z świeżym pieczywem. Korzystam więc, suchą bagietkę popijając potrójnym espresso, które liczę że pozwoli stanąć mi na nogi.

Tour de Dreams, etap VI: Sion – Genewa (165,3 km)

XIAOYI

Dzień wcześniej zauważyłem tuż obok hostelu znak szlaku rowerowego prowadzącego do Martigny. Decyduję ten etap rozpocząć właśnie tą drogą uznając że jest to lepsze rozwiązanie niż główny trakt, chociaż tutaj rowerzyści są – w przeciwieństwie do wielu miejsc Włoch – doceniani, posiadając swoje własne pasy jezdni przez co nie muszę obawiać się, że nadjeżdżający z tyłu TIR będzie próbował zdmuchnąć mnie do rowu.

Martigny, które jest miejscowością turystyczną wcale na takie nie wygląda. Można się stąd dostać szybko i łatwo do Włoch i Francji okrążając wokół masyw Mont Blanc. Jadę w kierunku kraju Napoleona Bonaparte rozpoczynając powolną wspinaczkę na Przełęcz Forclaz. Po raz kolejny słońce przebijające się przez góry swoimi barwami maluje niepowtarzalne pejzaże.

Podjazd jest równy i niespecjalnie wymagający, co mnie cieszy, ponieważ nogi odczuwają już trudy ostatnich kilku dni. Tuż za przełęczą – na której o 8:00 rano było już 21 stopni doświadczam niezwykłej termicznej zmiany. Okryta potężnymi górami kotlina nie dopuszcza do siebie zbyt wielu promieni słonecznych i nawet założona wiatrówka niespecjalnie mi pomaga. Jest przenikliwie zimno, a mój termometr po kilku minutach zjazdu wskazuje 5 stopni. Na szczęście za chwilę znów mam szansę się rozgrzać.

Przekraczam granicę szwajcarsko-francuską i jadę zdobyć ostatnią przełęcz mojego wyścigu – Col des Montets. Dla narciarzy obszar wokół niej zimą uznawany jest za najtrudniejszy teren do uprawiania narciarstwa zjazdowego. Kolasko – wydaje mi się, że jest to najprzyjemniejszy z wszystkich alpejskich podjazdów które wcześniej miałem okazję pokonywać.

Za horyzontem powoli zaczyna się wyłaniać cel dnia, choć jego kulminację dostrzegę dopiero w Chamonix. Miejscowość, w której odbyły się pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie przypomina mi trochę nasze Zakopane – pełno tu turystów chcących tylko przy łyku porannej kawy w jednej z wielu kawiarni popatrzeć na imponujące Mont Blanc. Jedyna różnica polega chyba tylko na tym, że tutaj nikt nie wejdzie na szczyt – jak na nasz Giewont – w japonkach.

Zadzieram głowę mocno do góry ciesząc się, że właśnie spełnia się kolejne moje marzenie. Kończę tutaj pewien etap podróży  jaką jest życie, który rozpocząłem niemal sześć lat wcześniej.

W Chamonix spędzam zdecydowanie więcej czasu niż pierwotnie planowałem, co martwi mnie spoglądając na prognozy pogody. Wiem doskonale, że kolejny dzień towarzyszyć mi będą upał i wiatr, a do tego jeszcze ślad jaki stworzyłem przed wyjazdem wciąż kieruje mnie na autostradę. Szukam innych alternatyw, ale gęsty las i pewnie też temperatura sprawiają, że GPS w telefonie zaczyna wariować pokazując że znajduję się w zupełnie innym miejscu, niż przebywałem. Jadę więc na wyczucie zaliczając po drodze chyba najwięcej dziur i nierówności w życiu. Wcześniej droga też pozostawiała wiele do życzenia, ale teraz to już prawdziwa katastrofa. Obiecuję sobie, że po przyjeździe do Polski nie będę już narzekał na stan naszych asfaltów.

XIAOYI

Z każdym kilometrem oddalam się od kojących gór, a wzrastająca temperatura i kolejne podmuchy sprawiają że cierpi nie tylko głowa, ale przede wszystkim ramiona. Mimo korzystania z najmocniejszego kremu do opalania, czuję jak moja skóra się dosłownie pali. Myślę już tylko o chłodnym prysznicu nie zwracając zupełnie uwagi na otoczenie. W Bonneville dopiero w ostatniej chwili dostrzegam na rondzie ślady Tour de France, którego peleton przejeżdżał tędy kilkanaście dni wcześniej.

Graniczne Annemasse mijam nie zauważając nawet że z powrotem znalazłem się w Szwajcarii. Pierwotnie zakładałem zatrzymać się właśnie tutaj na nocleg, wcześniej kupując bilety na jutrzejszy transfer do Sankt Gallen, ale po sprawdzeniu cen noclegów uznaję, że różnice są zbyt małe, a ja nie mam siły wracać do Francji. Lokuję się w urokliwym hotelu „Bernina” vis-à-vis dworca Cornavin. Wieczorem nie odmawiam sobie krótkiego spaceru, delektując się nad Jeziorem Genewskim szwajcarskimi pralinami.

Tour de Dreams, etap VII: Sankt Gallen – Bludenz (108,4 km)

XIAOYI

Ostatni etap podróży rozpoczynam zdecydowanie najpóźniej, chociaż o poranku jestem na nogach najwcześniej. Transfer na przeciwległą część Szwajcarii trochę trwa, ale przebiega za to bardzo przyjemnie. Pociąg IC5 narodowych kolei – mimo że już leciwy – jest zdecydowanie najprzyjemniejszym, jakim miałem okazję w życiu podróżować. Dzisiejszy dzień jest pozbawiony już wymagających podjazdów, jadę w zasadzie albo z górki, albo po płaskim, ale wokół wciąż mogę podziwiać wspaniałe krajobrazy.

Po opuszczeniu dworca w Sankt Gallen udaję się nad Jezioro Badeńskie, skąd zamierzałem ruszyć w kierunku Bregenz i dalej „liznąć” Niemcy zaliczając w ten sposób jednego dnia cztery państwa. Mój chytry plan spalił na panewce z powodu robót drogowych i objazdu, który został wyznaczony jedynie autostradą. Ruszyłem więc wzdłuż Renu kolejną przyjemną ścieżką, którą dotarłem do jednego z mostów oddzielających Szwajcarię od Lichensteinu. Jedno z najmniejszych państw Europy pokonuję w nie więcej jak 20 minut i to turystycznym tempem mijając Eschen. Wracam do Austrii, skąd rozpoczęła się moja podróż. Pierwotnie miejscowość Feldkirch miała być moją destynacją końcową, ale spory zapas czasu do odjazdu pociągu i niesamowite krajobrazy wokół zachęcają mnie do przejechania jeszcze dwudziestu kilku kilometrów, do Bludenz.

Tour de Dreams, epilog: Česká Třebová – Międzylesie (53,3 km)

[+ Wiedeński nocny akcent (7,1 km)]

DSC_0010

Do Wrocławia wracam dokładnie takim samym połączeniem jak przyjechałem. Rozkład przewiduje dość długą przesiadkę w Wiedniu, ale mam nadzieję spędzić czas na tamtejszym dworcu. Nie spodziewam się jednak, że tuż po pierwszej w nocy zostanę z niego wyproszony. Ruszam więc w miasto poszukując miejsca, gdzie mógłbym kupić cokolwiek do picia. Towarzyszy mi tak spore pragnienie, że piłbym choćby wodę z fontanny. Znalezienie czegokolwiek, co byłoby o tej porze otwarte okazuje się nie lada wyzwaniem. Po drodze nie widzę żadnej stacji benzynowej, bary są pozamykane, a sklepy tym bardziej.

Z pomocą przychodzi miejscowa policja, której widok mnie początkowo przeraża. Zresztą każdego by chyba przeraził, gdyby (tutaj:) niebiesko-zieloni podjechali do niego na sygnale. Przecież lampki mam włączone, jadę ścieżką rowerową, więc o co chodzi? Jakie było moje zaskoczenie, gdy zostałem zapytany co tu robię i czy czuję się bezpiecznie, czy czegoś nie potrzebuję. Poprowadzili mnie do stacji metra, gdzie ukrył się jedyny czynny w mieście bar z popularnym żółtym logo „M”.

W drodze powrotnej trafiam jeszcze na stację benzynową dokupując dużą butelkę wody i sporą dawkę cukru w postaci czekolady, mając nadzieję że uratuje mnie ona przed wzrastającym znużeniem i nie pozwoli mimowolnie zasnąć. Blisko dwie godziny pozostające do ponownego otwarcia hali dworca spędzam na ławce na przeciw posterunku policji, mając tuż za sobą kilku pracowników odpowiednika polskiej SOK, którzy chyba podobnie jak podróżni musieli opuścić budynek.

Kilka minut po siódmej wsiadam do pociągu który ma mnie dowieźć do stacji Česká Třebová. Kilkanaście minut spóźnienia jakie po drodze notuje pociąg wcale mnie nie cieszy ponieważ oznacza to, że będę musiał cisnąć mocniej na Orlickich wzniesieniach, by móc zdążyć do Międzylesia na ciuchcię, która miała mnie dowieźć niemal pod sam dom. Gęstniejące wokół chmury dodają mi dodatkowej energii i mam nadzieję, że zdążę uciec przed nadciągającą ulewą.

Niestety, ta dopada mnie tuż za Letohradem – deszcz zacina tak mocno, że kontynuowanie jazdy jest niemożliwe. Wracam do miasta i chowam się w jednym z marketów. Widząc, że sytuacja specjalnie się nie zmienia od kilkunastu minut, wyciągam wszystkie wodoodporne części garderoby, które woziłem ze sobą mogąc je w końcu sprawdzić w praktyce. Do Międzylesia docieram kilkanaście minut przed odjazdem kolejnego niż planowałem składu.

XIAOYI

W lokalnej fontannie za pomocą pustego bidonu urządzam mini SPA dla swojej maszyny spłukując piach, który przez ostatnie kilometry zaczął chrupać i grzęzić tu i ówdzie. W pociągu spotykam Wojtka, których w Orlicach spędził kilka ostatnich dni na wyprawie bikepackingowej, a przed jej kontynuacją powstrzymał go wykręcający się wentyl. Wymieniliśmy się wzajemnie wrażeniami naszych podróży, a jego bogate opowieści sprawiły, że poczułem głód i żądzę kolejnych przeżyć.

Jakich i gdzie? Tego wciąż nie wiem, ale żyję z przekonaniem, że najlepsze rzeczy do zrobienia dopiero przede mną. Wygrałem wyścig z marzeniami, a tak naprawdę z kolejnymi wewnętrznymi barierami, które do tej pory blokowały mnie przed realizacją takiej przygody. Zobaczyłem wiele wspaniałych miejsc, spotkałem  fantastycznych ludzi, ale przede wszystkim na nowo poznałem siebie. Przezwyciężałem przeciwności: wiatr, słońce, ból i zmęczenie – wszystko po to by spełnić swoje kolejne pragnienia. Kilka dni na alpejskich szosach pozwoliło mi na nowo uwierzyć, że naprawdę mogę wszystko. Podróż dodała mi wiary i energii, a ja podbudowałem się mentalnie, psychicznie i fizycznie.

Przeżyłem przygodę życia, ucząc się jazdy na rowerze na nowo, nabierając pokory i szacunku do otaczającej natury. Wracam do domu bez uczucia pustki napełniony nadzieją, że to dopiero początek, a kolejne przygody, kolejne marzenia do zrealizowania są tylko kwestią czasu.

FOTOSY na Fejsie

Tour de Dreams na Stravie:

Prolog

Etap I

Etap II

Etap III

Etap IV (i szukanie noclegu w Airolo)

Etap V

Etap VI

Etap VII (część I i część II)

Wiedeńskie tango

Epilog

Zobacz jeszcze to: