Przemyślenia

Rafał Majka, Michał Kwiatkowski!

Nie śledzę Tour de France z zapartym tchem. I nie dlatego, że nie mam wykupionego Eurosportu, a bardziej dlatego że zwyczajnie nie mam na to czasu. Kilkuminutowe „hajlatsy”, materiały Huzara i Adama Probosza na Interii i filmy z środka peletonu od Velon w zupełności mi wystarczają by wiedzieć to, co wiedzieć o tym wyścigu chcę.

Fajnie ogląda się walczącego do ostatnich sił Rafała Majkę, czy konsekwentnie realizującego plan zespołu Michała Kwiatkowskiego. Dwaj błyszczący Polacy w wielonarodowym peletonie to miłe uczucie. Kibicujemy im, wspieramy i chcemy by osiągali jak najlepsze wyniki. A przecież poza nimi są jeszcze Maciej Bodnar, Tomasz Marczyński i Paweł Poljański.

Chciałoby się, aby móc oglądać rodaków walczących o najwyższe laury. Pierwsze etapy wskazywały, że tak może być w przypadku „Zgreda” z Zegartowic, ale szalone tempo nadawane w tym roku przez czołówkę okazało się być zabójcze dla Rafała. Mimo strat, które poniósł wciąż walczy i stara się wyciągnąć z tego wyścigu coś dla siebie.

Być może wkrótce będziemy mogli na takim wyścigu będziemy mogli oglądać polski pociąg, a to za sprawą Dariusza Miłka, który nieco zaskoczył decyzją o przejęciu drużyny BMC Racing. W przyszłym sezonie czerwono-czarni z pewnością zmienią barwy na pomarańcz, a wiele wskazuje na to, że mogą się w drużynie znaleźć najważniejsze polskie nazwiska. Wielu naszym kolarzom z World Touru kończą się w tym roku kontrakty, a były wicemistrz Polski i obecny miliarder już sonduje możliwości ich zatrudnienia.

XIAOYI

Polakom kibicują nie tylko rodacy. Podjeżdżając w sobotę na Pradziada miałem okazję porozmawiać chwilę o kibicowskich rozterkach kolarza amatora z Vlastiborem. Czesi nie mają żadnego swojego przedstawiciela na tym wyścigu, a podobno ich sercom bliżej do Polski, niż do Słowacji (przyznam szczerze, że za każdym razem gdy to słyszę, to coraz bardziej tego nie rozumiem). Vlast nadawał mocne tempo, które niespecjalnie mi odpowiadało, dlatego musiałem przerwać naszą miłą pogawędkę i zwolnić.

22 minuty różnicy do swojego rekordowego podjazdu na najwyższy szczyt Jesioników (32 vs. 54 minuty) to sporo i. Nie tak dużo jednak, gdy weźmiesz pod uwagę czynniki dodatkowe. 13 kg ciężaru roweru, kaseta 32 zęby i założenie by nie przekraczać 130 uderzeń serca na minutę robią swoje.

W weekend w ten sposób pokonałem ponad 500 kilometrów, robiąc m.in. kolejną „Koronę Jesioników” w swoim życiu. Niestety, wciąż niepełną, ponieważ drogowcom ze Strabaga zachciało się właśnie w sobotę lać asfalt na Koty (ale dzięki temu najohydniejsza przełęcz Jesioników stała się najpiękniejszą i w niedzielę była już przejezdna). Do zrealizowania wyzwania #jesenikichallange również trochę zabrakło. Celem nie było osiąganie rekordów wysokości, a bardziej sprawdzenie jak poradzą sobie nogi po kilkutygodniowym obijaniu się.

Dwa podjazdy HC (bo w sumie od Karlovic do Pradziada też taką kategorię można przypiąć) zmęczyły, ale nie na tyle, bym nie był w stanie w niedzielę wrócić do Wrocławia. Tak naprawdę to zniszczył mnie wiatr nie tak wcale lekko jak zapowiadali synoptycy wiejący prosto w twarz, a obolałe z tej przyczyny ramiona czułem jeszcze we wtorek.  Znów nie zakończę tak, jakbyście oczekiwali że zakończyć należy. Zostawię Wam za to zdjęcia, resztę spróbujcie odgadnąć sami.

Zobacz jeszcze to: