Przemyślenia

Lubię być zaskakiwany

Pogoda lipcowa stała się mocno kapryśna. Strugi deszczu za oknem i wciąż przemoczone buty po przebyciu trasy dom – dworzec kolejowy, dworzec kolejowy – praca i z powrotem nie zachęcają do niczego. Wydawałoby się, że masz w końcu czas na nadrobienie zaległości, których za sprawą roweru masz sporo. Ale zwyczajnie Ci się nie chce.

Włączam więc laptopa i czytam. Tu relacja z Tatra Road Race, gdzie indziej wspomnienia po przejechaniu ultramaratonu Wisła1200. Tatry, mimo czterech już edycji nigdy nie jechałem, choć znam doskonale tą Bachledówkę, czy Pitoniówkę. Już w zasadzie głupi podjazd na Salamandrę potrafi zabić, jeśli nie podejdziesz do niego z pokorą. Wiem z jakim bólem mierzyli się więc śmiałkowie, bo lekko tam wcale nie było.

Dzisiaj chyba bliżej mi jednak do uczestników nadwiślańskiego ultramaratonu. Wprawdzie nie mam roweru, który mógłby mi pozwolić pokonać ów trasę, ale doskonale znam motywacje, które zachęciły około 200 śmiałków do udziału w tym rajdzie przez Polskę. Myślę, że nie było tam chyba osoby, która w 100% wiedziała na co się pisze. Nie tylko dlatego, że była to pierwsza edycja tego eventu, ale bardziej dlatego, że nie wiedzieli co ich czeka. Niejednego zaskoczył pewnie teren, bo oprócz asfaltów i szutrów było sporo innych atrakcji, inni pewnie nie rozumieli reakcji swojego organizmu. Ale jechali. Walczyli ze sobą i z trudami podróży.

Ja też lubię być zaskakiwany. Może nie przez drogówkę, która czai się za zakrętem, choć akurat ten problem od jakiś dwóch lat mnie nie dotyczy, bo rzadko kiedy korzystam z samochodu. W sobotni poranek na przykład zaskoczył mnie Paweł, poprawiając nastrój na cały weekend. Postanowiłem zatrzymać się gdzieś pomiędzy miejscowością Tąpadła, a przełęczą o tej samej nazwie, by móc zrobić jakiś ciekawy pstryk z Ślężą w tle, przy okazji sprawdzając czy moja kamerka po resecie do ustawień fabrycznych zaczęła ostrzyć jak należy.

XIAOYI

Zdjęcie zrobione, składam sprzęt, ktoś zjeżdża z dołu. Odpowiadam „cześć” zupełnie nie spodziewając się co wydarzy się chwilę później.

– Cześć, nie znamy się, ale czytam Twojego bloga. Miło Cię tu widzieć. 

– To mi jest miło!

Staliśmy tak dobrą minutę nie wiedząc co do siebie powiedzieć. Z jednej strony byłem mocno zdezorientowany sytuacją, z drugiej szczęśliwy, że te moje wypociny jednak są czytane, a Wy chcecie się do tego przyznać. W tej euforii nie zauważyłem później Adama, który również tego dnia wjeżdżał sobie na Tąpadła (no sorry! 🙂 )

Wieczorem zmusiłem się i narysowałem sobie trasę w czeskie Izery. Paradoksalnie, nigdy wcześniej tam nie byłem, więc motywacja do wyjazdu była tym większa. Zachęcały też prognozy, które zapowiadały słońce i sprzyjający wiatr. Połączyłem kilka punktów na Strava Route Planner, zapisałem ślad tylko… zapomniałem go zgrać do Sigmy. Zorientowałem się dopiero w niedzielę o 5:00 rano, gdy wyruszałem w trasę. No trudno, są jeszcze mapy Google i naładowany powerbank, gdyby telefon nie domagał.

XIAOYI

Ilekroć wjeżdżam na DK94 zastanawiam się ilu idiotów będzie chciało zrzucić mnie do rowu. Tym razem, w niedzielny poranek mam szczęście. Nie licząc jednego TIR’a na litewskich blachach jechało się względnie bezpiecznie. W Środzie Śląskiej odbijam w boczne drogi, których nie znam, ale mam nadzieję, że pozwolą mi na komfortowy dojazd do Jawora. Tragedii nie ma, choć nie ukrywam że najładniejsze asfalty to nie były.

Dalej mój ślad miał prowadzić przez DK3, co do Bolkowa wcale nie boli – jest pusto, a nawierzchnia idealna. Część trasy z Bolkowa do Jeleniej Góry mogłaby być jednak samobójstwem, więc odpalam aplikację poszukując jakichś alternatyw. Jest! Boczna dróżka przez Lipę powinna być bezpieczniejsza. Jak zapewne się domyślasz – nie była. Takiej ilości łat przyznam szczerze w życiu chyba jeszcze nie widziałem. Kilkanaście kilometrów trasy, gdzie ciężko było o jakąś sensowną dla roweru szosowego prędkość dłużyło się w nieskończoność. W efekcie i tak znalazłem się na DK3, która wydawała się sensowniejszym rozwiązaniem w samej Jeleniej Górze, niż rowerowe ścieżki widmo kończące się w krzakach.

XIAOYI

Cierpię przez dobrych kilkanaście minut aż w końcu dojeżdżam do ronda na którym skręcam w kierunku Zgorzelca. Po chwili spędzonej na niemniej ruchliwej DK30 zjeżdżam znów w boczne wiejskie ścieżki. I tym razem stan euforii. Piękne i nowe asfalty prowadzą mnie do samego Świeradowa. Nie ukrywam, cwaniacko korzystam z oznaczeń na asfalcie, które są pozostałością niedawnego Szosowego Klasyku. Do granicy też prowadzi mnie nowy dywanik (choć jeszcze nie do końca gotowy), podobnie po przekroczeniu granicy polsko-czeskiej. W Nowym Mieście wjeżdżam w zamkniętą – ot zaskoczenie – z powodu remontu drogę do Ludvikova. Mam szczęście, bo leży świeżo wylany, wręcz kilka-kilkanaście godzin temu asfalt. Podjazd i zjazd upływa bardzo przyjemnie, choć wiem, że najdłuższa wspinaczka dopiero przede mną.

XIAOYI
XIAOYI
XIAOYI

Średnio jakieś 6-7% to w normalnych warunkach nic szczególnego, ale jadę 13-kilogramowym vanem. Po co? To jest dobre pytanie, które jednak pozostawię bez odpowiedzi. Oglądam wspaniałe krajobrazy jakie rozpościerają się z każdej strony. Nie spoglądam na zegarek, a czas leci niepostrzeżenie co może mieć konsekwencje w postaci mojego spóźnienia się na pociąg powrotny do Wrocławia. Włączam więc wyższy bieg, na zjazdach pozwalam sobie na chwile szaleństwa, choć sterowność mojego roweru niespecjalnie mi na to pozwala. Jakuszyce mijam o 14:08 i mam dylemat. Pociąg startuje o 14:36 a na stację trzeba jeszcze podjechać. Do Jeleniej Góry zjeżdżam zasadniczo w dół, a pociąg odjeżdża stamtąd o 15:27. Po krótkim namyśle uznaję, że wolę mieć jeszcze chwilę na zakupy i komfortowo wsiąść na wyremontowanym jeleniogórskim peronie.

Ty też daj się zaskoczyć. Znowu i znowu. Zakończenia nie będzie. Zostawiam Ci w zamian kilka zdjęć.

XIAOYI
XIAOYI
XIAOYI
XIAOYI

Zobacz jeszcze to: