Podróże

Z wizytą u Liczyrzepy

Kiedyś liczenie kilometrów było fobią. Rywalizowałem sam ze sobą przy przekraczaniu kolejnych progów. Nie mając jeszcze szosy zrobiłem 5000 kilometrów w ciągu roku trzykrotnie niszcząc przy tym oś tylnego koła. Nie było w tym nic dziwnego, wszak jeździłem na wolnobiegu.

Mając już rower z barankiem z przodu za punkt honoru postawiłem sobie wykręcenie 10 000 kilometrów podczas kolejnych 365 dni (a de facto jakiś 200). Wyzwanie spore, tak przynajmniej mi się wówczas wydawało. Z upływem czasu moje podejście do liczb i kreowanie z nich celów przestało satysfakcjonować. Zresztą jeśli trenujesz to każdy (mądrzejszy) trener Ci powie, że nie liczy się ilość, a jakość.

Oczywiście to nie jest tak, że nie wiem ile już przejechałem. Zdaje sobie z tego doskonale sprawę, bo determinuje to chociażby konieczność wymiany pewnych elementów, które wymieniać trzeba. Właśnie teraz, pisząc ten tekst mam chwilę odpoczynku od siodełka, bo moja maszyna przechodzi zasłużony przegląd. Wracając do liczb, mam w tym roku przejechane 10 700 km co wydaje się imponującym wynikiem, biorąc pod uwagę fakt, że ledwo rozpoczął się lipiec. Wiele osób zadaje mi pytanie „atakujesz 20k km?” które zwykle pozostawiam bez odpowiedzi. Nie wiem co będzie, jak będzie i dlaczego będzie.

Zrobiłem krótki przegląd swojej pamięci, potwierdzając go następnie na Stravie i doszedłem do wniosku, że punktem wspólnym niemalże wszystkich moich wypraw „po 10 000 km” stały się okolice zamieszkania legendarnego Liczyrzepy. Mówiąc ogólnie ów postać związana jest przede wszystkim z Karkonoszami, ale jego muzeum znajduje się chociażby w granicznym Görlitz.

XIAOYI

Tam też się udałem w dwie soboty temu. Postanowiłem być cwaniakiem i wykorzystując zachodni wiatr wrócić do Wrocławia w dobrym tempie niespecjalnie się przy tym męcząc. Wcześniej zwiedziłem obie przygraniczne miejscowości, które mówiąc najogólniej do gustu mi nie przypadły. Görlitz sobotniego poranka wyglądał na nieco wymarły i przypominający wiele polskich małych miasteczek. Szaro, brudno, ponuro i nawet tej opinii nie zmieniła wizyta na Altstadt, która została niedawno wyremontowana za pomocą środków aninimowego darczyńcy, który przekazał miastu 10 milionów euro.

Nieco przyjemniej było nad Berzdorfer See, które gdyby nie 10 stopni i owy lodowaty wiatr przyciągnąłby tłumy amatorów wodnych i słonecznych kąpieli w pierwszy weekend wakacji. Wszechobecne pustki, nie licząc dwójki sakwiarzy, którzy dzielnie walczyli w tych warunkach nie zachęcają do nawet chwilowego zejścia z maszyny i podziwiania widocznych w oddali Izerów i Karkonoszy.

XIAOYI

Zgoła inny obraz polskiego Zgorzelca, który przypominał miniaturową wersję Wrocławia, powodując stres spowodowany lokalnymi kierowcami i ich nawykami jazdy, narastający im bardziej zbliżałem się do wylotu na autostradę A4. Pełna koncentracja i oczy dookoła głowy pozwoliły mi uciec z tej czarnej dziury bez szwanku. Dalej wcale przyjemniej nie było. Zważając, że wybrałem na powrót drogę krajową nr 94, która wygląda – z niewielkimi wyjątkami – podobnie jak w głębi kraju. Wprawdzie pas pobocza daje jakieś iluzoryczne poczucie komfortu, to niepewność przed każdym pokonanym metrem wzrasta z powodu wiatru, czy bardziej huraganu, który postanowił uprzykrzać życie kolarzom (choć pewnie nie tylko) w ciągu ostatnich dwóch weekendów.

XIAOYI

Owszem, był on pomocny gdy wiał prosto w plecy, a prędkość 45 km/h przy tętnie 90 bpm pozwalała na relaks. Takich chwil było jednak zwyczajnie niewiele, droga mimo że wygląda na prowadzącą z zachodu co chwilę zawija to w jedną, to w drugą stroną, a każdy boczny podmuch powodował nieuzasadniony wzrost pulsu w okolice 150 uderzeń. Swoje też dodawały kolejni kierowcy TIR-ów, uważający że 30 cm dzielące mnie od ich 30-tonowych kolosów to wystarczająco bezpieczna odległość mijania. Wytrzymałem tak przez kilkadziesiąt kilometrów, ale gdy nadarzyła się okazja uciekłem na spokojną szosę prowadzącą w kierunku Lubiąża. Okrężną drogą wróciłem do domu pokonując 200 kilometrów w rekordowym dla siebie czasie poniżej 6 godzin. Kiedyś pewnie byłby to powód jakiejś tam satysfakcji, dzisiaj wewnętrzny głos mówi mi „spoko, było całkiem szybko, ale przecież praktycznie cały czas jechałeś z wiatrem”.

XIAOYI

Tydzień później podobna sytuacja, z tą różnicą że wieje z północy. Znów próbuję oszukać naturę i ruszam na południe. A może tak „Modre Sedlo” myślę sobie mijając Żar, ostatnie osiedle Wrocławia na zachodzie. Zjeżdżam na Lutynię, gdzie przy odpowiednio dobrej pogodzie standardowo wyłania mi się krajobraz pasma górskiego Sudetów. Tego poranka wydawało się, że właśnie tak też będzie. Ślęża wygląda pięknie, gdzieś z tyłu nieco mniej wyraźne Góry Sowie i Wałbrzyskie, a z prawej strony Izery. A gdzie do cholery jest Śnieżka? Jej brak na horyzoncie był zastanawiający i niepokoił mnie pod kątem nie tyle na poczekaniu nakreślonego planu, co w ogóle poruszania się w okolicach Karkonoszy.

Nie zrażam się i jadę dalej. Za Świebodzicami wpadam na wyfrezowaną drogę prowadzącą na Kamienną Górę, z jednej strony ciesząc się że kolejne drogi są remontowane, a z drugiej frustrując że zaś nie sprawdziłem mapy remontów. Za Kamienną Górą sytuacja się powtarza, ale zdaję sobie sprawę że wyfrezowana nawierzchnia była tam już dwa miesiące temu, gdy jechałem na Przełęcz Karkonoską. Czy to nie za długo Panowie drogowcy?

Przed Szarocinem zbaczam z głównej drogi wjeżdżając do Pisarzowic na pierwszy – i jak się później okazało jedyny pit stop. Wiatr przez sto kilka kilometrów które miałem w nogach dość wyraźnie wypłukał mnie z sił, i po każdym kolejnym kilometrze podjazdu na Okraj mam coraz mniej przekonania co do wcześniejszego pomysłu. Na górze uświadamiam sobie, że w kieszonce została tylko tubka skondensowanego mleczka. Ze względu na fakt, że nie miałem koron a niespecjalnie lubię oddawać pieniądze bankom korzystając za granicą ze swojej karty płatniczej wyczuwałem bombę, która z pewnością by mnie dopadła przy powrocie. Podejmuję więc decyzję, że zjeżdżam w dół i ruszam swoim szlakiem polskich Karkonoszy.

Nie specjalnie je lubię. Głównie chyba za sprawą pierwszej wizyty w tych rejonach, gdy przyjechałem mając doświadczenie z niemalże idealnymi szosami czeskich Jesioników. Wprawdzie z każdym rokiem wygląda to coraz lepiej, to jednak ilość dróg pozwalająca cieszyć się komfortową jazdą nie jest spora porównując ją choćby do Gór Sowich, które w przeciągu ostatnich trzech lat zmieniły się diametralnie.

Zjazd z Przełęczy Okraj pokonuję z rekordową prędkością 32 km/h. I nie dlatego, że obawiam się o koła na licznych tutaj dziurach. Klamek hamulców praktycznie nie używam, skutecznie blokuje mnie północny wiatr który już od kilkudziesięciu kilometrów wywołuje na przemian stany głębokiej radości i złości. Klasycznie dla siebie w Ścięgnach udaję się w kierunku Western City i po raz kolejny mylę drogę jadąc w lewo zamiast w prawo, co specjalnie nie jest problemem bo i tak finalnie ląduję na rondzie przy Konstytucji 3 Maja. Odwiedzam popularny deptak, który w południe jest jeszcze wyraźnie pusty. Stamtąd do góry wjeżdżam dawną trasą Tour de Pologne wciągając mleczko, oraz zastanawiając się czy przypadkiem nie robię tego za wcześnie. Ulicą Olimpijską docieram pod skocznię Orlinek, gdzie pierwszy i co rusz przypominany triumf w zawodowym kolarstwie odniósł młody Alberto Contador. O zrobieniu KOM-a na tym odcinku kolarscy amatorzy mogą tylko pomarzyć, choć w 2003 roku nikt nie wiedział co to takiego Strava.

XIAOYI

Z Karpacza wyjeżdżam od strony Świątyni Wang, lasem zjeżdżam do Sosnówki i dalej jadę na Podgórzyn. Odwiedzam jeszcze Zachłemie zdając sobie sprawę przy zatoczce autobusowej, że jadąc wyżej będę cofał się w kierunku Przesieki. Tego nie chcę i zawracam w dół. W Jagniątkowie wybieram wspinaczkę na Michałowice mając w pamięci dość nieprzyjemną nawierzchnię na tym odcinku. Miłym zaskoczeniem jest nowy asfalt, dzięki któremu można teraz spokojnie podjeżdżać i zjeżdżać z obu stron. Do Piechowic wykorzystuję osłonę w postaci lasu i rozpędzam maszynę do 70 km/h. Lubię czasami poczuć większą prędkość, a tutaj warunki na to zdecydowanie pozwalają. Mijam tunel wykuty w litej skale będący jedną z ciekawszych atrakcji Karkonoszy. Spoglądam na zegarek, jest 14:00, najbliższy pociąg do Wrocławia odjeżdża z Jeleniej Góry o 15:30. Mam zbyt dużo czasu, żeby już kończyć, niewiele zaś by zaliczyć coś konkretnego.

XIAOYI

Ryzykuję i udaję się „ostrym skrótem” do Szklarskiej Poręby Górnej. Mam świadomość, że pokłady energii wyczerpują się szybko, a ów podjazd wymaga sporej wytrwałości. Gdzieś w połowie drogi, gdzie zabudowań jest nieco mniej na drodze spotykam młodego jelonka i nie wiem czy ja jestem bardziej przestraszony na jego widok, czy on na mój. Po wymianie spojrzeń on wraca do konsumpcji trawy, ja zaś jadę wyżej spoglądając na zegarek i dziwiąc się jak szybko płyną kolejne minuty. W Szklarskiej Porębie nawet się nie zatrzymuję, choć rozsądek podpowiada że powinienem uzupełnić przynajmniej płyny i wiedząc że przede mną jeszcze walka z wiatrem mknę w dół. Pod dworzec docieram o 15:15, mam niewiele czasu na dokupienie do swojej sieciówki biletu na rower i uzupełnienie energii. Nie chcę cierpieć kilku dni z powodu odwodnienia więc zrobienie zakupów staje się priorytetem. Z zakupami, które pewnie czteroosobowej rodzinie wystarczyły by na cały dzień wsiadam do pociągu kończąc bądź co bądź kolejny udany dzień na rowerze.

XIAOYI

Ten wpis nie będzie miał puenty, czy innego zakończenia. Dopisz je sam spoglądając jak wygląda twoje jeżdżenie i zastanów się czy przypadkiem nie wpadłeś też w pułapkę wszechobecnych w kolarstwie liczb. Zastanów się czy bardziej zależy Ci na nabijaniu kilometrów, czy cieszeniu się przemierzaniem kolejnych podjazdów w Karkonoszach.

To jeszcze Post Scriptum

Karkonosze to świetna baza do spędzenia urlopu z rowerem. Poza opisanymi powyżej podjazdami macie wręcz nieograniczone możliwości eksploracji. Można przejechać pętlę wokół całego pasma zachwycając się po czeskiej stronie wspaniałymi widokami. Możecie zaliczyć kilka ścianek, które mówiąc łagodnie są kolarskim wyciskaczem łez. Dołączając Izery, Rudawy, czy Płytę Czeską macie szansę na sporo kilometrów dających wycisk i przy okazji odpoczynek od szarej codzienności.

Zobacz jeszcze to: