Podróże

Łamiąc zasady

Kolarze to wygodni ludzie. Nie ruszają tyłka z domu gdy pada, szukają pociągu by dotrzeć do jakiejś destynacji, aby móc zrobić sobie rundkę z wiatrem w plecy. Żyją od niedzieli do niedzieli, by móc usiąść w ulubionej kawiarni i naładować się pustymi kaloriami W-Z’tki. Przecież i tak to spalą.

Z założenia ten tydzień miał być luźniejszy niż wcześniejsze. Plany złamałem już we wtorek spotykając w Brzezince kolegów walczących w ramach Wrocław Strava Challenge. Ściganie się na segmentach to nie moja bajka, choć jakieś KOM’y tam posiadam. Podpaliłem się, ruszyłem z pełnym ogniem szybko przekraczając tętno 180, zwykle dla mnie nieosiągalne. 2:02 i średnia 34 km/h wystarczyło na któreś tam miejsce pod koniec pierwszej dziesiątki. Rywalizacja nie jest dla mnie.

Później z inicjatywą wyszła Iwona, trenerka między innymi u której spędziłem zimę, która w końcu zdecydowała się pokonać 200 kilometrów. Szykowała się fajna, chill’owa niedziela. Lecz wcześniej była sobota.

Ostatnio mimowolnie budzi mnie około piątej rano ryk płacz dziecka w sąsiednim mieszkaniu. Gęsta mgła za oknem jednak wcale nie mobilizowała do ruszenia tyłka z łóżka. Prognozy przewidywały wczesno-popołudniowe burze, więc nie było co się ociągać. Podwójne espresso i sucha owsianka – bo w lodówce słychać jedynie echo – muszą dać radę. Otwieram balkon i wiem, że nie będzie to wcale przyjemna wycieczka.

XIAOYI
XIAOYI
XIAOYI

10 kilometrów irytacji wystarcza, abym okulary w końcu schował do kieszonki, bo ile razy można przecierać szkła z pary wodnej. Ubrania już stały się nieprzyjemnie nasiąknięte mgłą, a wilgotność wydaje się wynosić jakiś tryliard procent. Jest parno i duszno, mimo 12 stopni, które widzę na Sigmie czuję ich dwa razy tyle. Powietrze stawia opór, który z każdym kolejnym pociągnięciem korbą coraz bardziej zniechęca mnie do dalszej jazdy. Stówka wpadła, wystarczy.

Czekam już na niedzielę i liczę, że Iwona wybierze moją trasę, której ślad w jakiejś części pokrywał się z pierwszą dwusetką, którą wykręciłem kilka lat temu. Włączam fejsa, przeglądam powiadomienia, których przez pół dnia jak zwykle zebrało się kilka tuzinów i sru. Akcja odwołana. Nie będzie dwustu. Trudno – co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Zaczynam kombinować, co by tu wymyślić w zamian.

Odgrzebuję ślad wycieczki, którą miałem pokonać kilka tygodni wstecz, ale różne okołosprzętowe perypetie mi na to nie pozwoliły. 300 kilometrów to nie mało, ilość podjazdów do pokonania tym bardziej zaprzecza założonej na początku tygodnia idei „odpoczynku”, ale przecież zasady są po to żeby je łamać. Kolejną krótką noc tym razem przerywa budzik, a powolne świtanie za oknem wprawia mnie w jeszcze lepszy nastrój.

XIAOYI

Ruszam o 5 rano, gdy jest już na tyle jasno, że nie potrzebuję dodatkowego oświetlenia. Gdzieniegdzie dostrzegam jeszcze ślady po wczorajszej burzy, która ostatecznie pojawiła się około ósmej wieczorem. Parująca ciecz stworzyła niesamowity spektakl barw, gdy zjeżdżałem z Tąpadeł. Mogę się nim zachwycać kręcąc spokojnie, bez specjalnego dbania o jakiekolwiek parametry, w końcu miałem odpoczywać.

XIAOYI
XIAOYI

Góry Sowie rokrocznie związane są z jakimiś perypetiami, które mi się tam przytrafiają. Pamiętam pierwszy wyjazd, a w zasadzie zjazd z Przełęczy Jugowskiej. Nie wiedziałem o kraterach (dla wielu wciąż nieodżałowanych) tracąc na którymś szprychę i byłem zmuszony epicką wycieczkę zakończyć wchodząc w Dzierżoniowie do autobusu. Żeby było śmieszniej rozkraczył się on w Magnicach i tak kolejne 20 kilometrów z ósemką na kole musiałem dokręcać do Wrocławia.

Rok później, paradoksalnie znów na Jugowskiej posłuszeństwa odmówił wentyl. Wciąż i wciąż ulatniało się powietrze, a przystanki co 5-10 kilometrów frustrowały cholernie. Na szczęście w Sobótce był wówczas Mnich, a stoiska miało choćby Shimano. Udało się oszczędzić nerwów na kolejnych kilkadziesiąt kilometrów, choć w Sowie już nie wróciłem. Owe przygody nauczyły mnie jeździć z zapasowymi dętkami i zestawem narzędzi, bo nigdy nie wiadomo co i kiedy może się sknocić.

Mimo wszystko w Sowie wracać lubię, w szczególności że z każdym rokiem jest tu przyjemniej pod kątem asfaltów po których się poruszam. Niedzielna ekskursja miała przebiegać z wschodu na zachód. Już chwilę po ósmej rano wspinałem się po brukowanej części urokliwej Srebrnej Góry z górującą nad miastem twierdzą. W zasadzie jest to najbardziej nieprzyjemna przełęcz, bo nie dość że nachylenie wzrasta powyżej 10%, to dodatkowym utrudnieniem są tutaj wspomniane bruki. Jest też najbardziej dziurawa.

XIAOYI
XIAOYI
XIAOYI

Na zjeździe do Woliborza częściowo jest lepiej, ale gładki asfalt urywa się nagle i trzeba uważać, by dostrzec wszystkie szczeliny, które chcą za wszelką cenę zaprzyjaźnić się z naszymi kołami. Następnie atakuję Przełęcz Woliborską również z jej gorszej strony, w kolarskim znaczeniu. Spoglądam na kołyszące się drzewa, domyślając się że wiatr zaczyna swoje dzisiejsze przedstawienie. Otoczony lasem nie odczuwam tego jeszcze, ale wiem, że w końcu się to zmieni.

Odcinek z Bielawy do Pieszyc to fajny i równy asfalt, lecz do dyspozycji mamy obok również ścieżkę rowerową, a widok rowerzysty na jezdni wywołuje u miejscowych kierowców efekt sklejenia ręki z klaksonem. Wiem, że moje postępowanie nie jest to do końca zgodne z przepisami, ale w zanadrzu mam kilka argumentów, które podobno pomagają w starciu z drogówką. Swoją drogą zastanawiam się dlaczego owe ścieżki rowerowe są robione tak niedbale? Pomijając krawężniki których jest pierdylion, także sama nawierzchnia pozostawia wiele do życzenia, jest pełna nierówności i wybrzuszeń, które przy prędkościach powyżej 30 km/h są mocno odczuwalne.

Tak rozmyślając docieram do Kamionek, gdzie początek ma bodajże najpopularniejsza, wspomniana już wyżej przełęcz w tej okolicy. Wielbiona przez kolarzy Jugowska jest chyba najdłuższym podjazdem pozwalającym zrobić przyzwoity trening. Nachylenie nie męczy, ale jest na tyle mocne, by poczuć mięśnie. Niespiesznie pokonuję kolejne serpentyny będąc co rusz wymijanym przez triathlonistów, którzy wybrali to miejsce na swój trening i przygotowuję się na to, co czekać mnie będzie za kilka kilometrów.

XIAOYI

„Sokolec – wstęp do szczęścia” to stworzony przeze mnie segment jakieś trzy lata temu, który dotychczas był dla wielu niedostrzeżony. Kilometr drogi z nachyleniem oscylującym pomiędzy 12, a 16% to próba umiejętności, której wielu boi się podjąć. Lubię go, bo oprócz zmęczenia organizmu na szczycie dostajemy niesamowite widoki, jedne z najlepszych w Górach Sowich. Postanowiłem tym razem przycisnąć i pojechać mocniej. Wykręcam swój rekord, choć od najlepszych dzieli mnie galaktyka. Zjeżdżam do Walimia na pierwszy dłuższy postój.

Jedyny czynny sklep w okolicy oferuje poza słodyczami tylko kiełbasę boczkową, która ma obciążyć żołądek na tyle, by móc przejechać kolejnych kilka podjazdów. Po 20 minutach ruszam dalej, na przełęcz Walimską. Jest chyba najciekawsza w zestawieniu, bo w dużej części brukowana, ale ta nawierzchnia w porównaniu do Srebrnej Góry pozostawia wiele do życzenia, choć nie są to kocie łby na których można by rozbić sobie zęby.

XIAOYI
XIAOYI

Przed Pieszycami wybieram skrót, którym docieram do Piskorzowa, skąd dalej jadę w kierunku Lubachowa i popularnego Zalewu. Przede mną kolejne dwa ciekawe podjazdy, w Michałkowej i Tonowicach. Oba o nachyleniu w granicach 15%, oba z psami bez uwięzi, które generują w nogach moc zdecydowanie pozwalającą na zaspokojenie podstawowych potrzeb, gdyby podłączyć do roweru prądnicę. Zjeżdżając do Zagórza myślę już o Palczyku, zupełnie zapominając, że mógłbym jeszcze w Walimiu zaliczyć 20% ściankę i podjechać na Niedźwiedzicę.

No nic, następnym razem. W Dziećmorowicach wskakuję jeszcze na nową ścieżkę, która prowadzi mnie niemal do samego Wałbrzycha, skąd ruszam w drogę powrotną do Wrocławia. Czuję już silny wiatr, który z każdą minutą zacznie sprawiać coraz większe problemy. Średnio 25 km/h to prędkość jaką jestem w stanie generować przeciwstawiając się kolejnym podmuchom. Niemal 100 kilometrów do domu staje się męczarnią gorszą niż wszystkie niedawno odwiedzone przełęcze. Paradoksalnie tętno wzrasta do wartości, których na podjazdach nie osiągałem. Litr płynów zakupiony w Świdnicy okazuje się nie wystarczać i jeszcze w Lutyni zatrzymuję się załadować bak, by móc zakończyć wycieczkę bez kolarskiej bomby.

temporary_file1150204870

Zobacz jeszcze to: