Przemyślenia

Wiatr

Kwiaty we włosach potargał wiatr – śpiewały kiedyś Czerwone Gitary i podobno wciąż śpiewają, ale obecny zespół niewiele ma już wspólnego z składem, który w 1968 roku z tym utworem promował swoją trzecią już płytę. I choć było to 21 lat przed moim narodzeniem, kompozycje Seweryna Krajewskiego i Krzysztofa Klenczona były mi znane niemalże od urodzenia.

Nie o moich gustach muzycznych, które są zresztą ciężkie do określenia dzisiaj będzie. Jazda na rowerze, nieważne jakim, zmusza nas do mierzenia się z wyzwaniami stawianymi przez warunki atmosferyczne. Dopiero co zakończyła się zima, a z nią mróz, który wielu skutecznie odseparował od swoich dwóch kółek na kilka miesięcy, a już musimy walczyć z kolejnymi przeciwnościami.

Wiatr. Wywoływany przez różnicę ciśnień wieje najczęściej z obszaru ciśnienia wyższego do obszaru ciśnienia niższego. Sam w sobie nie jest widoczny, ale za sprawą poruszających się koron drzew, czy wirującego wokół pyłu jesteśmy w stanie łatwo określić, nawet siedząc wygodnie w domu, czy i z jaką siłą wieje. Wiatr może dawać orzeźwienie w letni upalny dzień, może też potęgować uczucie zimna, gdy na zewnątrz mamy minusową tempetraturę.

Wiatr jest też zarówno przekleństwem jak i błogosławieństwem kolarzy. Zależy tylko w którym kierunku wieje. Jazda na rowerze szosowym dodatkowo uwypukla każdy podmuch, ponieważ lekki rower jest na nie bardziej podatny. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

Mimo, że jeżdżę dosyć długo do dzisiaj mam problemy skutecznie przeciwstawiać się pędom powietrza. W szczególności, gdy zaczynasz swoją rundę w warunkach, nazwijmy to komfortowych, a w miarę upływu czasu i wzmagającego się wiatru wzrasta frustracja, zaczynasz przeklinać wszystko i wszystkich, aż w pewnym momencie masz ochotę rzucić rower w rów i na stopa wrócić z powrotem do domu.

Piszę ten tekst po dość wietrznym weekendzie, słysząc w uszach jeszcze kolejne podmuchy, a głowa, mimo upływu już niemal doby od powrotu do domu wciąż wiruje na prawo i lewo. Niektórzy mają swoje złote zasady, które pomagają im te trudne chwile przetrwać. Mam je i ja.

Po pierwsze. Rano nie wieje (zasadniczo)

Wiele osób podziwia mnie i innych potrafiących wiosną i latem, a często i nawet jesienią za zrywać się wcześnie rano w weekend i ruszać w drogę. A ma to swój cel. Rankiem zwyczajnie wiatr jest mniejszy, a często wręcz go nawet nie ma. Dzieje się tak dlatego, że ziemia nie mając dostępu do promieni słońca się ochładza, a różnice ciśnienia są mniejsze, czego efektem jest słabszy wiatr. Dlaczego często ruszam o 6 rano lub wcześniej. Mniej więcej do 10:00 jest względnie spokojnie, a te cztery godziny pozwalają na pokonanie już całkiem sporego dystansu.

Po drugie. Ruszaj pod wiatr

To niby proste. Startujesz z podmuchem na twarzy, wracasz ciesząc się wietrznym “pchaniem” i próbujesz zdobyć kolejne KOMy na segmentach Stravy. W praktyce nie zawsze jest to jednak takie proste. W szczególności gdy wiatr wieje tak, że znacząco utrudnia poruszanie się do przodu. Prosty przykład z wczoraj. Pierwsze trzydzieści kilometrów jechałem w warunkach opisanych w punkcie pierwszym, ale kolejne trzydzieści, gdy wiatr wzmógł się zdecydowanie, zmusił mnie do zmiany wcześniejszych planów, które miałem w głowie. Gdy pod Świdnicą prędkość na prostej drodze spadła poniżej 20 km/h, a nogi zaczęły wykazywać pierwsze oznaki kolarskiej “bomby” dalsza jazda pod wiatr przestała mieć sens. Owa “bomba” dopadła mnie 30 kilometrów przed domem i mimo, że byłem już pchany przez wiatr wcale tego nie odczuwałem.

Po trzecie: Używaj baranka

Rower szosowy w porównaniu do każdego innego ma jedną istotną zaletę. Kierownicę. Popularny baranek jest często głównym powodem dla którego wiele osób boi się przesiąść na takiego rumaka, ale ma on moim zdaniem zdecydowanie więcej zalet, niż wad. Jedną z nich jest możliwość wykorzystania wielu chwytów w czasie jazdy. Zwyczajowo, najpopularniejsze jest trzymanie się “klamek”, ale to zejście niżej daje nam określone korzyści. Nasza sylwetka jest niżej, powodując mniejsze opory powietrza, zwiększając naszą prędkość i oszczędzając energię. Przyznam, nie jest to specjalnie wygodne, ale można się do tej pozycji przyzwyczaić i jechać w taki sposób całkiem komfortowo przez dłuższy czas.

Po czwarte: Znajdź frajera

To jest w zasadzie najprostsze. Jedź na ustawkę i chowaj się tak, abyś przypadkiem nie wyszedł na zmianę, umiejętnie tego unikaj. Lub poluj na trasie na tytułowego “frajera”, który będzie Ciebie ciągnął przez kolejnych 40 kilometrów. Życie bywa jednak takie, że często to my jesteśmy takimi frajerami, cóż…

Po piąte: Z wiatrem da się żyć

Naprawdę. Wystarczy dobrze się nastawić, ruszyć z domu bez spiny i żadnych ustaleń. Czysta głowa nie będzie generowała niepotrzebnych ruchów, a Ty spokojnie odbędziesz kolejną przejażdżkę, choć nieco wolniej niż w normalnych warunkach.

Zobacz jeszcze to: