Podróże

Pierwszy tysiąc smakował chłodem

W poniedziałek pierwszy raz po długiej przerwie nie musiałem rano do śniadania włączać światła w kuchni. Poranne złote słońce za oknem oznacza jedno. Mamy marzec. Miesiąc na który czekam ja i na który prawdopodobnie czekasz również Ty. Proporcjonalnie do zwiększającej się długości dnia, wzrasta poziom endorfin we krwi, rozkwitasz tak jak wijące się tuż za oknem leszczyny i wierzby. Chce się żyć. Ale przede wszystkim chce się jeździć.

Nie będę narzekał. Ciężko mówić o tym, że doświadczyłem zimy, nie licząc dnia spędzonego w Karkonoszach, lub wczorajszego wieczoru, gdy nagle zrobiło się biało (na szczęście tylko na kilka godzin). Zimy zwyczajnie nie było. Przynajmniej we Wrocławiu. Ostatnio w ogóle z nią coraz gorzej. Z jednej strony jest to powód do narzekania, zmiany klimatyczne nie są dla nas, ludzi korzystne. Słyszałem teorię, że to wszystko wina smogu, ale kiedyś smog też był, a śnieg trzymał długie tygodnie. Z drugiej jednak cieszę się, że było względnie sucho i względnie przyjemnie, ponieważ mogłem kręcić – jak nigdy wcześniej. Pojęcie „względnie” ma tutaj kluczowe znaczenie. Bo był i wiatr, i mróz, i wymówka pozwalająca mi spokojnie siedzieć w domu, czy tam na siłowni zawsze by się znalazła.

Z każdym kolejnym sezonem spędzonym na rowerze nosi mnie coraz bardziej. Wprawdzie nie można tego porównać w żaden sposób do letnich wojaży, które dopiero przede mną, to jestem bardzo zadowolony. Rzeczywiste 1000 kilometrów w nogach po asfalcie czy innych okolicznych brukach i pewnie drugie tyle wykręcone na spinnerze. Pierwsze dwa miesiące były efektywne na tyle, że mogę z czystym sumieniem stwierdzić – jest dobrze. Nie będę zanudzał Was szczegółami treningowymi, po pierwsze uważam to za nudny temat, po drugie nigdy nie trzymałem się sztywno żadnego planu. Uważam, że organizmu nie da się oszukać i trzeba trenować to jak on nam na to pozwala, a nie co zapisała gdzieś jakaś „mądrzejsza” głowa od nas.

Zdradzę jedynie, że zacząłem trenować krócej, lecz intensywniej i bardziej siłowo, co niekoniecznie spotykało się z przychylnością trenerów (pozdrawiam Iwonę i Olę :)). Mam w tym swój ukryty cel, który póki co tli się jedynie z tyłu głowy, ale mam nadzieję, że wraz z zwiększeniem intensywności na prawdziwym rowerze zacznie być bardziej realny. Mój „bucket list” nie jest ściśle określony i de facto dojrzewa wraz ze mną. Podobnie jak i pomysły do zrealizowania na ten rok. Kilka z nich jest już z nich dość wyraźnie naznaczona, ale estymując przeszłość najlepsze przygody będą realizowane na spontanie. Tak już mam.

Tymczasem uciekam łapać pierwsze marcowe promienie słońca. Czas przestać marzyć, tylko zacząć te marzenia realizować. Do zobaczenia na szosie!

Zobacz jeszcze to: