Podróże

Festive500 czyli jak przeprosiłem się z zimowym jeżdżeniem

Do tej pory było to dość proste. Przychodził marzec, wsiadałem na rower, zaczynałem „sezon” jak to wielu nazywa. I tak do października, czy wczesnego listopada. Tej jesienio-zimy miało być inaczej. Czy lepiej? Postaram się na to odpowiedzieć w tym wpisie.

Przed jazdą w warunkach poniżej pięciu stopni Celcjusza broniłem się długo. Powodów było mnóstwo, począwszy od braku odpowiedniego ubioru, ale chyba największym moim problemem był brak chęci. Wmawiałem sobie, że potrzebuję resetu, najlepiej tak z miesiąc, żeby odpocząć od roweru i móc nabrać pragnienia do ponownego jeżdżenia. Efekt był taki, że na wadze pojawiało się dodatkowych pięć kilogramów, a motywacja do ruszenia tyłka z domu spadała do poziomu zero.

Trudno tak naprawdę określić, co spowodowało zmianę dotychczasowego trybu bycia, był to jakiś impuls, po prostu. Chciałem sobie udowodnić, że potrafię również w takich warunkach czerpać radość. Radość wynikającą nie z samego faktu jeżdżenia, ale przełamywania swoich oporów. Bo zimno, bo ponuro, bo w sobotni poranek chętnie by się pospało, zamiast wkładać kurtkę na grzbiet i zimowe owiewki na nogi.

Rower buduje charakter

Do tej pory Festive500 kojarzył mi się z „szaleńcami”, którzy zamiast siedzieć przy stole świątecznym, wolą siodełko, kierownicę i kolejne kilometry tras by dotrzeć do sylwestrowego celu. Twierdziłem, że to irracjonalne, a z drugiej strony zazdrościłem im tych kilometrów, tych widoków, tych wspomnień. Zarzekałem się, że nigdy tego nie zrobię, chociaż w głębi duszy tego właśnie pragnąłem.

Wcale nie miałem zamiaru zaliczyć wyzwania. Pojechałem do swojego domu rodzinnego na święta i po prostu chciałem jeździć, odkurzyłem na strychu zapuszczonego i ciężkawego Scotta, którym nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz jeździłem. Wprawdzie chrupał i skrzypiał z każdej strony, ale najważniejsze – koła się kręciły. To mi wystarczało w zupełności.

Dzień pierwszy – W poszukiwaniu śniegu

Tak to już jest, że każdy z nas oczekuje w Wigilię śniegu. Białe Święta to w ostatnich latach rzadkość w Polsce i podobno niewiele się w tym względzie zmieni w najbliższej perspektywie. Mam to szczęście, że rodzinny Prudnik leży u podnóża Gór Opawskich, które wprawdzie nigdy chyba białego szaleństwa nie gwarantowały, ale sąsiadują z Jesionikami. Przekraczając polsko-czeską granicę, wjeżdżasz w zupełnie inny mikroklimat (no kilka kilometrów za geograficzną granicą). Latem oznacza to często deszcz, podczas gdy wokół rozpościera się błękitne niebo, zimą śnieg podczas gdy gdzie indziej można go „ze świecą szukać”. Tuż za Zlatymi Horami, na drodze, którą latem setki kolarzy zaczynają swoją rundę na Pradziada i mogą rozgrzać nogę na 12% podjeździe znalazł się i on. Śnieg. Mi wystarczyło. Dalej nie szukałem, w szczególności nie będąc pewny tego, co mam pod siodełkiem. 53 kilometry sprawiły jednak, że zachciałem więcej.

XIAOYI
XIAOYI
XIAOYI

Dzień drugi – Drogą do wycinki drzew

– Wjedź sobie na Kopę nową drogą z Pokrzywnej. Równa jak stół, tylko bez asfaltu. Podjedziesz do samego schroniska – skwitował przy Wigilijnym stole wcześniejsze kilometry mój brat. W sumie dlaczego nie? Rzadko kiedy tam bywam, bo gdy już bywam  to na szosie i dojeżdżam co najwyżej na Petrove Boudy, bo dalej asfaltu brak. Nadleśnictwo sprawiło niemały prezent nie tylko sobie (bo trasa została stworzona z myślą o wycince drzew), ale i wszystkim rowerowym zapaleńcom, począwszy od niedzielnych turystów na swoich Gazellach, przez gravelowców, po wyczynowców z XC. Na szosie pewnie też się uda wjechać, choć jak będę próbował to założę jednak opony 28 mm.

XIAOYI

Droga Saperska, bo tak się ona nazywa prowadzi od leśniczówki w Pokrzywnej, poprzez przełęcze: Pod Zamkową Górą i Mokrą, docierając do Schroniska Pod Biskupią Kopą. Ma wszystko, czego pragniesz od górskiej ścieżki. Jest równa i sztywna, momentami bardzo, a sekwencja zakrętów przypomina Ci podjazd na Przełęcz Karkonoską. Nachylenie w sumie też, choć chyba odczucie to miałem nieco zakłamane przez 17 kg stali i aluminium pod sobą.

XIAOYI

Od schroniska radzę sobie podbiegając, niestety zmusza mnie do tego połączenie nachylenia, śliskiej nawierzchni, braku stabilności (czyt. butów zatrzaskowych) i w końcu także waga roweru. Kopę zdobyłem, ponownie po 358 dniach, gdy byłem tu ostatnio na rozpoczęcie 2017 roku i po kilku latach przerwy znów na rowerze.

Zjazd czeską stroną był dla mnie – „rowerowego czyścioszka” – nieco frustrujący, gdy musiałem przemierzać błotniste szlaki aż do parkingu i znanego mi doskonale asfaltu. 61 kilometrów. Oznaczało to tylko jedno. Ten tydzień będzie krótki.

Dzień trzeci – Kilometry najlepszych wspomnień

Każdy z nas ma swoje miejsce do którego wraca z sentymentem, które przyciąga jak magnes. Rejviz to moja oaza spokoju. W sumie nawet nie wiem kiedy to się zaczęło. Może gdy pierwszy raz odwiedziłem Mechove Jezirko, które – zmartwię Was – nie jest geotermalnym basenem, jak sądziłem w dzieciństwie. Może podczas wycieczki szkolnej i odwiedzin ruin zamku Koberštein, gdy po raz pierwszy mogłem eksplorować tamtejsze leśne asfalty. A może dopiero, gdy zacząłem tam podjeżdżać rowerem, po pracy, odrywając się od stresów dnia codziennego.

Plan na drugi dzień Bożego Narodzenia był więc prosty. Pojechać tam, gdzie kiedyś czułeś się najlepiej, gdzie kręcenie sprawiało mi najwięcej przyjemności. Rejviz, Jesenik, Pisecna, Burgrabice, Głuchołazy. Nie zliczę ile razy robiłem tą pętlę. Żeby ładniej wyglądało na Stravie dokręciłem do 100-tki, błądząc w ciemnościach po prudnickim parku. 213 kilometrów w nogach. Czas się przesiąść na szosę.

XIAOYI
XIAOYI

Dzień czwarty – Grudniowy Klasyk Południa

Nie wiem kto i kiedy wymyślił tą nazwę, ale bardzo mi się podoba. Klasyk Południa to po prostu pętla w kierunku południowym od granic Wrocławia prowadząca przez kultowe wśród lokalnych kolarzy Tąpadła, przełęcz pod Ślężą na której kiedyś Michał Kwiatkowski zdobywał swój pierwszy i jak do tej pory jedyny tytuł mistrza Polski.

Podjazd na przełęcz, z obojętnie której strony nie jest ani trudny, ani piękny, a wspomniana „kultowość” wynika chyba tylko i wyłącznie z tego, że w pobliżu nie ma innego konkretniejszego podjazdu. Na samą Przełęcz dojedziesz z trzech stron: od Sulistrowiczek (tak jak Kwiato, ale jest to najprostsza wersja), trochę trudniejsza od miejscowości o tej samej nazwie co przełęcz, oraz najciekawiej – od Sadów, gdzie jest i nachylenie 12% i kolarska patelnia – jak w prawdziwych górach! 🙂

Tąpadła to jedyne miejsce, o którym na całej „Pętli” warto wspomnieć, bo reszta trasy jest zwyczajnie nudna, ale jednocześnie ma w sobie coś takiego, że często przy braku pomysłów na inną sobotnią rundę wybieram właśnie ją. Całkiem żwawym tempem dobijam do 365 kilometrów świątecznego wyzwania. Przez chwilę kusi mnie przełamanie bariery grudniowych 200 kilometrów, ale nie w tym roku. Nocną jazdę zostawiam sobie na pojutrze.

XIAOYI
XIAOYI
XIAOYI

Dzień piąty – A Spinning u Iwony też się liczy?

Rapha i Strava wywołały niemałą burzę, dopuszczając do rywalizacji kilometry wirtualne kręcone za pomocą trenażera i aplikacji Zwift. Staję po stronie tych, którzy uważają to za niesprawiedliwe, że niektórzy w domowym zaciszu, bez wyrzeczeń, które ich mogły spotkać na zewnątrz dokręcali pięćsetkę, ale jednocześnie postanowiłem sprawdzić, czy można zmanipulować wynik końcowy poprzez ręczne dopisanie kilometrów.

cXjD12Kzb44A2gyAJCkVmgzTAuCEMB8rmCuTbSsWfVw-1638x2048

Odpowiedź: nie można. Ręcznie dodawana aktywność nie doliczyła się do wyzwania, choć tego dnia faktycznie kręciłem na rowerze. Wprawdzie stacjonarnym, bo logistycznie nie byłem w stanie wyjść na zewnątrz i wprawdzie pod dachem siłowni, ale gdyby przeliczyć te 2 godziny „męki” z Iwoną, to pewnie mógłbym sobie doliczyć z 60-70 kilometrów, jak inni gdybym korzystał ze Zwifta.

Dzień szósty – Zwyczajna setka po robocie

Lubię ten czas w roku, kiedy mogę po pracy wsiąść na rower i zrobić szybką setkę. Do tej pory był on determinowany miesiącami kwiecień i październik. Jakoś nie lubię jeździć nocą, ze względu na wszechobecne dziury w polskich drogach i jeszcze częstszą możliwość spotkania na drodze kierowcy, który nazwijmy to ładnie – uważa, że cała jezdnia jest jego i nie liczy się kompletnie z innymi użytkownikami drogi.

Wprawdzie w ciągu dnia takich ignorantów też jest sporo, ale mam wrażenie, że naprawdę wypełzają dopiero po zmroku. Niby powinienem czuć się bezpiecznie mając z przodu 1000 lumenów, z tyłu inteligentne 200. Ale się nie czuję i poza paroma dniami w roku – gdy mogę i chcę zrobić wyjątek, nikt i nic chyba nie przekona mnie do jeżdżenia nocą.

Dla Festive ten zrobiłem wyjątek, odstawiłem lęki na bok. Ruszyłem na trasę doskonale sobie znaną, gdzie nic nie było mnie w stanie zaskoczyć. Stówka wpadła, do zakończenia wyzwania pozostało niewiele.

XIAOYI
XIAOYI

Dzień siódmy – Zimno mi, wszędzie

Przynajmniej w Polsce. Przedostatni dzień rywalizacji przyniósł mi w końcu to na co czekałem. Mróz. Jazda poniżej zera to ciekawa sprawa, jezdnia jest bardziej zdradliwa, a organizm zdecydowanie szybciej mówi, że już chce do domu. Choć Ty jeszcze byś pokręcił. Paliwa wystarczyło na 88 kilometrów wokół domu. 555/500 km – challenge accomplished.

XIAOYI
XIAOYI

Dzień ósmy – Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy

Rapha-Festive-500-badge-v3

Sprawa wydawał się być dość prosta. 80 kilometrów. Tylko tyle brakowało mi, aby przekroczyć barierę 16 000 kilometrów w 2017 roku. Była odpowiednia pogoda i chęć do kręcenia. Nie pojechałem.

Tydzień z Festive500 uświadomił mi to, że nie dystanse, nie przewyższenia, nie wyniki sportowe są ważne, tylko radość z tego co się robi. I ja tej radości doświadczyłem również zimową porą. A niedosyt tą radość jeszcze wzmacnia i sprawia, że pragniesz więcej. Po prostu 🙂

Spróbujmy więc zrobić, aby także nasze hobby mniej sprowadzało się do nabijania kilometrów, a bardziej do przeżywania ich.

HopCycling.pl

A miniony rok i tak był rekordowy dla mnie pod każdym względem.

Zobacz jeszcze to: